"Przepraszam, którędy na Wschód?" Czyli o ukraińskim transporcie historii kilka...

Gdzieś usłyszałem, że Wschód to nie kierunek świata, tylko stan umysłu. Wielu, którzy już byli za wschodnią granicą naszego kraju być może to potwierdzą. 

Już we Lwowie (fot. Włóczykij)
Wraz z paczką znajomych jechaliśmy na Ukrainę. Jako, że studencka kieszeń do najbogatszych nie należy postawiliśmy na transport publiczny. Jazda pociągiem do Przemyśla o 4 rano bez miejscówki? Czemu nie! Kiedy za Rzeszowem zwolniły się miejsca w przedziałach dosiedliśmy się do miłej starszej pani. Wpatrzona w trawę i lasy za oknem, miała przy sobie kilka pokaźnych siatek wypchanych różnymi towarami. Nie odzywała się ani słowem. Prawdopodobnie była Ukrainką. Przed wysiadką w Przemyślu łamanym polskim poprosiła mnie bym pomógł jej z bagażem, bo ma go tak dużo, że nie sama nie uniesie. Dała mi dwie torby, ona wzięła pozostałe dwie. Wszystkie ważyły sporo, więc do dziś gratuluję siły tej staruszce. Wysiedliśmy z pociągu. Wtedy nasza przemiła staruszka dostała zastrzyku energii i zaczęła biec z bagażem w stronę dworca autobusowego, by się przesiąść w autobus na Ukrainę. Do tego biegu dołączyła panika. Zaczęła chaotycznie zaczepiać ludzi na dworcu z pytaniem o drogę. Cały czas jednak kontrolowała czy za nią podążam, nawet pośpieszając mnie. Już dawno się odłączyłem od grupy znajomych, którzy cierpliwie czekali na mnie przy busie do Medyki. Staruszka finalnie odnalazła swój autobus. Poprosiła mnie, by wniósł do środka jej bagaże. Było ciężko. W starej maszynie nie było miejsca. Na miejscach siedzących przy oknach były ustawione towary pozostałych pasażerów - olbrzymie kwiatki, butelki, związane siatki, które pewno coś przemycały i stosy ubrań każdego rodzaju. Ostatnie rzędy siedzeń zajmowały meble: stoły, krzesła i chyba coś w rodzaju regału. Istny supermarket! W którym siedzieli sami Ukraińcy i czekali na odjazd pojazdu w stronę swoich przygranicznych miejscowości. W końcu wróciłem do swoich, pojechaliśmy do Medyki, przekroczyliśmy przejście graniczne, a tam czekała na nas walka o transport.

Prawie bez ludzi w marszrutce (fot. Włóczykij)

Na Ukrainie bardzo popularne są marszrutki. Ponieważ regularna komunikacja w zasadzie tam nie istnieje, trzeba czekać w tłumie ludzi i w odpowiednim momencie się wepchać. Tak było nam dane w Szegini, na trasie do Lwowa. Rozkład jazdy nie funkcjonował, a busy odjeżdżały jak się wypełniły. Nadjechał wreszcie nasz. Hordy Ukraińców i Polaków rzuciły się do drzwi. Chociaż w środku było miejsc siedzących może nie więcej niż 20, a na stojąco może 10 osób by się zmieściło, to cały tłum prawie 50 osób został zagnieżdżony w środku. Wraz z torbami, walizkami, plecakami, siatkami, kwiatkami, butelkami i każdym możliwym towarem. Wszyscy jak ogórki w słoiku. Przez kolejne dwie godziny nie mogłem ruszyć niczym poza prawą ręką, bo cała reszta została zablokowana. 

Stare Miasto we Lwowie (fot. Włóczykij)
A wszystko po to, by dotrzeć do Lwowa. Była wtedy końcówka kwietnia. Drzewa robiły się intensywnie zielone, sady zaczęły zakwitać. A popołudnia robiły się przyjemnie ciepłe. Najlepszy na taką aurę był wieczorny spacer po mieście. 

O kolejnych przygodach z wypraw na Ukrainę w dalszej lub bliższej przyszłości będziecie mogli poczytać.

Komentarze

  1. marszrutki to takie dobre "bramy" do przechodzenia w ten stan umysłu zwany wschodem... ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz