Kierunek - Wyspy.

Luty 2014. Ostatnia zima. W sumie ciężko ją nazwać zimą, gdyż śnieg tylko przez dwa tygodnie na południu Polski się utrzymywał. Tęsknota za większym mrozem szczypiącym w nos i śniegiem rzucającym po oczach. Był początek miesiąca, w powietrzu czuć było dodatnią temperaturę. Roztopy nadchodziły. Wolna sobota. Więc szybka mobilizacja i jedziemy w góry. Najbliżej od Krakowa. Gdzie będzie ładnie, spokojnie i nieturystycznie. Kierunek - Wyspy.
A mowa o Beskidzie Wyspowym. Charakterystyczny ze względu na pojedyncze wzniesienia wyglądające jak duże wyspy wystające ponad dolinami. 

Mszana Dolna. Miasto swoim nieuporządkowaniem przypomina wschodnie mieściny. Galeria na dworcu kontrastująca ze starszą babcią sprzedającą oscypki. Bankomaty wypłacające 10 złotych. Wszyscy w sklepach, kupujący, handlujący, szukający dobrej okazji do opchnięcia czegoś komuś. No i na w pół obskurna pizzeria, i nieczynny punkt sprzedaży włoskich lodów. W zimie jedyne ciepło żoładkowi daje pobliski turecki kebab. W iluż jeszcze miastach nie spotkamy tego misz-maszu? Z cichego ryneczku wymaszerowujemy pod górę. Zabudowania robią się coraz rzadsze. Chodnik się kończy. Chwilę potem asfalt zamienia się w drogę szutrową. Potem wędrujemy polną drogą, która wprowadza nas w głąb lasu. Lubogoszcz. Ni to tysięcznik, ni to wyżynna górka, ale to nasz cel. Góra niedaleko od miasta. Poszukiwanie oznakowań szlaku, gubienie drogi wśród stodół i cudzych domostw wzmagało poziom adrenaliny. Pod samym szczytem w gęstym lesie śnieg był zbity i śliski. Kilkukrotne wywrotki dało się poczuć w kręgosłupie. Zabawa jednak przednia, a satysfakcja z wędrówki większa. Z samego wierzchołka wiele nie widać. Jednak to w drodze powrotnej przy zachodzącym słońce, popołudniowym słabym świetle można było zatopić się w widoku doliny Mszanki. Pola, lasy, łąki, pojedyncze domy. Uczucie zbliżającego się chłodu nocy przyspieszało nasz krok. Jednak nieco melancholijne spojrzenie na beskidzkie życie zimą zostanie na długo. Niedługo potem znaleźliśmy się na nowo w Mszanie. Bus już czekał na dworcu. Wsiedliśmy. 
W drodze powrotnej przypominałem sobie wszystkie te wyjścia zimą w Pieniny, Beskid Wyspowy, czy inne pagóry. Szukałem w nich sensu. Nie mogłem znaleźć. Bo nie zawsze chodzi o cel w wyprawie, czasem tylko o drogę, o to, żeby być wiernym swojemu postanowieniu i wytrwać w nim.

Komentarze

  1. Ciekawe, zgadzam się całkowicie! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. jest coś urzekającego, bardzo ujmującego w tym drugim zdjęciu...

    lubię górskie wędrówki w nie-wędrówkowym-sezonie. Twoja opowieść przypomniała mi o tym, jak z zdobywałyśmy Lubogoszcz - który Lugoboszczem okazał się nie być. Z Mszany też, udało nam się złapać z powrotem do Krakowa stopa i gość nie mógł się nadziwić, czemu tylko gdzieś łaziłyśmy, a nie jeździłyśmy na nartach.. w końcu to się zimą robi, przecież ;)

    pozdrawiam, przepięknych Świąt życzę! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję:-)

      Ludzie nie przestaną się dziwić, dlaczego czasami idziemy sobie - jak piszesz- połazić, zamiast szusować na nartach czy na innych szałach:-)

      Usuń

Prześlij komentarz