Stary, sącz!

źródło: www.wstarymsaczu.pl
Tak, to miasto istnieje i sąsiaduje bezpośrednio ze swym młodszym bratem. Nie, nie jest tak samo małe jak Nowy Sącz. Bo jeden jest od drugiego większy dziesięciokrotnie. Chciałem ku pewności uprzedzić te pytania, z którymi spotykam się na co dzień, kiedy przyznaję się, że w połowie jestem z Nowego, a w połowie ze Starego Sącza. W pewnym poczytnym międzynarodowym miesięczniku napisano, że to najbardziej węgierskie miasto w Polsce. A przecież nikt tam nie mówi po węgiersku.

Za każdym razem gdy przyjeżdżam tutaj, wita mnie widok Klasztoru Klarysek, który niemal dominują swoją monumentalnością nad całym miastem. Siostry choć może same nie pamiętają, jak wygląda ulica dwudziestego pierwszego roku, to spędzają swoje życie za klauzurą poświęcając się modlitwie i pracy na terenie klasztoru. Pięknu tej budowli nie można odmówić, barokowe wnętrza kościoła sprawiają wrażenie ciasnoty, a dominujące ciemne kolory sprawiają wrażenie, że pogrążam się w półmroku. Powolny, rozciągnięty w nutach śpiew klasztornego chóru sprawia wrażenie, że wracamy do średniowiecznej krainy, która nigdy nie poszła dalej z duchem czasów. Czy tym wrażeniem kierowali się twórcy hasła wielokrotnie powtarzającego się w kiczowatych przewodnikach, że to "miasto-muzeum"? Że oglądając budowle i panujące w nim życie, toczące się w swoim tempie, nazwali "muzealnym"?
Klasztor Klarysek widoczny z okien pociągu.
Na Rynku pod lipami najczęściej siedzi kilku mężczyzn popijających z kartonów po sokach jakieś post-produkty własnej roboty. Na przystanku trzęsące się z zimna panienki, które czekają na busa do szkoły. W sklepie odzieżowym spory tłumek, ponieważ przyszła nowa dostawa towaru. A na balkonie w restauracji "Marysieńka" dwie dostojnie wyglądające staruszki obserwują życie, jakie się toczy poniżej ich. Przecznicę dalej od Rynku na placu zabaw bawi się kilkoro dzieci, pod czujnym okiem swoich babć. Zupełnie jak ja, kiedy byłem mały i w niedzielne popołudnia przyjeżdżałem do babci, a potem wyciągałem kogoś, by poszedł ze mną na plac zabaw. W ten sposób poznawałem to miasto. Teraz tamtych placów już nie ma, ale są nowe.
źródło: www.wstarymsaczu.pl
Nad miastem znajduje się gęsto zalesiona góra, która jest zaczątkiem Beskidu Sądeckiego. Prowadzi na nią zarośnięta, wąska ścieżyna. Kiedyś wydeptana przez stada wagarowiczów, rodzin z dziećmi i górskich piechurów. Dzisiaj trzeba przedzierać się przez krzewy. Jednak widok niezmienny. Widok dzieciństwa. W dole widać Stary Sącz, troszkę dalej malują się największe hektarowe pola uprawne na Sądecczyźnie, dalej już tylko Beskidy. Gdzieś obok widać kominy przemysłowe w Nowym Sączu - znak, po którym poznasz, gdzie jesteś. Na szczycie zaś znajduje się drewniana leśniczówka, która teraz stoi opuszczona. Idąc dalej ścieżką w głąb lasu docieram do niewielkiej śródleśnej polany. Pamiętam to miejsce, kiedy w latach 90-tych tętniło życiem. Podczas półkolonii letniej bawiliśmy się tutaj w chowanego, w gorące wakacyjne popołudnia na istniejącym tutaj onegdaj placu zabaw bawiły się dziesiątki dzieciaków. W tym ja.

To nie jest miasto-muzeum. Ono żyje. Jego siłą są ludzie. Dumni mieszkańcy Bryjowa. Ta codzienność spotykająca każdego tutaj jawi się w barwach życia. Turyści przyjeżdżając w słoneczne lipcowe dni chcą zobaczyć sobie upatrzoną listę zabytków, zrobić zdjęcia i odjechać. A najlepiej pozna się to miejsce, kiedy zejdzie się z gładkiego, nowo wyremontowanego chodnika i wejdzie w starą brukowaną uliczkę dostrzegając przy niej inny, drugi świat.

No dobrze. Co z tym Bryjowem? Żartobliwa nazwa miasta, której używają jeszcze niektórzy. Nie jesteśmy Trójmiastem - hybrydą kochających się mieścin. Między Nowym i Starym Sączem nigdy nie tliła się gorąca miłość. Historia zmusiła miasta do rywalizacji, jedno drugiemu zawsze czegoś zazdrościło. Wśród starszych mieszkańców do dzisiaj takie wrażenie da się odczuć. I nazwa Bryjowa (poch. bryja - w gwarze określenie niedobrej zupy ziemniaczanej lub gotowanej kaszy razowej) nadal może się źle kojarzyć i nie pomoże w zawarciu przyjaźni z jakimś Starosądeczaninem. 
źródło: www.wstarymsaczu.pl
Lubię to miasto. Czasem dziadoskie, czasem smutne, ale zawsze swojskie. Jeśli chcę poczuć zapach karpackiego miasta porzuconego wśród niewysokich gór i nie muszę jechać po to na Słowację, czy Ukrainę, to jadę tutaj. Wieczorem, gdy wąskie uliczki wyglądają jak w bajce, jestem dumny, ze jestem stąd, z tak pięknego miejsca. Kiedyś zasłyszałem takie słowa: "Jeśli jesteś przybyszem, zawsze tu będziesz wracał; jeśli jesteś stąd, nigdy swych korzeni wyrwać nie zdołasz." Potwierdzam!




Komentarze

  1. Mała poprawka - bryja to nazwa gotowanej kaszy razowej. Nowosądeczanie nazywali Starosądeczan "bryjowiakami" od jedzenia onej kaszy razowej, a ci drudzy, w odwecie odwdzięczali się przezywaniem tych pierwszych "boscykami" od barszczu jaki to rzekomo piło się w ich domach. I jeszcze jedna uwaga - na rynku starosądeckim rosną lipy a nie kasztanowce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od dzieciństwa tkwiłem w złym tłumaczeniu "bryjowa", a od samego Starosądeczanina, takie tłumaczenie usłyszałem za dziecka.
      Za kasztanowce przepraszam:-) Z rozpędu poszło.

      Usuń
  2. prawda....zawsze będę chciała tu wracać...piękne miasteczko...cudowne widoki... z sentymentem wspominam chwile spędzone w Starym Sączu. Pięknie opisałeś to miasteczko, pozdrowienia z wielkopolski ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :)
      Odzdrawiam ze śnieżnego Sącza:-)

      Usuń

Prześlij komentarz