Dookoła Albanii: Berat i Korcza

Widok z ruin starego Beratu.

Miesięczna wymiana studencka w Albanii powoli się kończyła. Każdy włóczykij ma to we krwi, że każdą z umykających, ostatnich chwil chce wykorzystać maksymalnie. Ostatni weekend na południu Europy poświęciłem wyłącznie na wycieczki poza Tiranę. Berat i Korcza. Miasta zupełnie inne, ale przez ich wzajemne kontrasty postanowiłem opisać razem.


Pamiętam jak dziś. To była słoneczna i wręcz upalna niedziela. Jechałem z towarzyszami podróży samochodem do Beratu. Nawigacja satelitarna niestety czasem wprowadza w błąd lub oznacza na mapie drogi, których jeszcze w rzeczywistości nie ma. Dzięki niej droga do Beratu z Tirany trwała prawie 4 godziny (chociaż, że miasta dzieli około 130 kilometrów), a to dzięki fenomenalnemu 30-kilometrowemu odcinkowi bez asfaltu ze żwirową nawierzchnią, po której toczyliśmy się maksymalnie 13 km/h. Trzeba szukać plusów w każdej sytuacji. Dotarliśmy do Beratu popołudniu, kiedy słońce przestało tak intensywnie palić. Miasto jest jednym z dwóch (poza Gjirokastrą), które znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, a to ze względu na niemal magiczną zabudowę starej części miasta. 

"Miasto okien" jak zwykło się pisać w niektórych przewodnikach zaczyna być dopiero ciekawe wtedy, wyjdzie się na szczyt wzgórza, na którym znajduje się najstarsza część. Moje szczęście do burzowej pogody w trakcie niemal każdej wycieczki musiało się sprawdzić, więc wraz z kompanami przemokliśmy do granic możliwości. Ponieważ po każdej burzy przychodzi słońce, przychodzą też widoki, a te przy zachodzącym na górami słońcu było fantastyczne! Najlepszą decyzją był spacer po mieście dopiero wieczorem, kiedy wszystko zaczyna się ożywiać, ludzie tłumniej zaczynają przesiadywać w kawiarniach, zabytki, muzea i wszelkie atrakcje turystyczne zaczynają się wyludniać w przeciwieństwie do tubylczej tkanki miasta. 
Piękna nieasfaltowa droga i widoki!
"Miasto okien"
Ta kopuła po prawej to beracki uniwersytet. Skromniutko!
Uliczki na starym mieście.
Po burzy Berat wygląda tak!
Korcza. Jedyne miasto, które odwiedziłem we wschodniej Albanii. Samotna wyprawa rozpoczęła się już w Tiranie z samego sobotniego rana, gdy wsiadłem na przepełnionego busa. Od początku wiedziałem, że nie nagadam się po angielsku. Jednak swojego mizernego albańskiego byłem na tyle pewny, że umiałem się zorientować w tej szalonej rzeczywistości. Trasa z Tirany do Korczy liczy około 150 kilometrów i wiedzie najpierw głęboką doliną w stronę Jeziora Ochrydzkiego, następnie droga wspina się na przełęcz po drugiej stronie której jest Macedonia. Ostre zakręty, bujający bus i ból kolan (współpasażer przede mną w busie miał zepsuty fotel, który się na moich kolanach opierał pół trasy), ale dla takich widoków uśmiech na twarzy pojawia się od razu, choć niestety pozostaną mi one tylko w pamięci, ponieważ szyba busa była zaklejona reklamą (jak MPK w Polsce czasami jeżdżą), a szyba wymagała porządnego umycia. Więc zdjęć nie udało się zrobić.

Co z tą Korczą? Kilkudziesięciotysięczne miasto niedaleko granicy z Macedonią i Grecją. Słynące z najpiękniejszej cerkwi jaką widziałem w życiu (a dopiero wybudowanej w 1992 roku po okresie narodowego ateizmu), słynące z browaru piwa Korcza - najpopularniejszego trunku alkoholowego w Albanii poza, oczywiście, pozaobiegową rakiją. Miasto położone na takiej wysokości jak nasze Zakopane. Pamiętam doskonale ten przeszywający ziąb i zapowiadającą się burzę. Ale w akompaniamencie grubych chmur na niebie rzeczywistość wygląda totalnie inaczej. Korcza jest przytulna i nie przytłacza wysokimi wieżowcami, a otoczona dookoła 2-tysięcznikami skradła moje serce. Chociaż nie tylko dzięki temu. Spory udział w tym miała najlepsza podróż powrotna w życiu!

Zbliżała się godzina 17, a sobotnie popołudnie nie jest najlepszą porą na powroty do stolicy. Znalazłem grupową taksówkę, która jako jedna z ostatnich odjeżdżała do Tirany tamtego dnia. W Albanii często duże taksówki pełnią funkcję minibusów, a cenowo niewiele się różnią. Czasami jednak ważniejszy jest powrót, niż wybrzydzanie między środkami transportu. Wsiadłem. Odczekałem kilkadziesiąt minut do odjazdu. Pani konduktor (czyli żona kierowcy w tym wypadku) ogłosiła odjazd. Na trasie dosiadło się jeszcze kilka osób, że zrobiło się całkiem sympatycznie. Wszyscy są Albańczykami, mówią po albańsku, ja się przyznaję, że jestem Polakiem, który studiuje na politechnice w Tiranie. Niestety w konwersacji "wysiadam" już po minucie, ponieważ nie rozumiem co do mnie mówią rozmówcy, poza panią konduktor (*konduktor - tak nazwałem każdego w busie/autobusie/komunikacji publicznej w Albanii, który sprzedaje bilety i kontroluje wsiadanie i wysiadanie pasażerów), która wspominała mi bardzo miłe spotkanie z Polakiem we Włoszech. Moje zainteresowanie podczas jazdy zwracały nieustanne rozmowy kierowcy z jakims człowiekiem, który na trasie będzie wsiadał lub coś będzie wsiadało. I tak w najmniej oczekiwanym momencie taksówka się zatrzymała, a na tył pojazdu zostały zapakowane 4 kozy w workach, tak, że tylko głowy wystawały. W taki sposób w doborowej atmosferze (dosłownie i w przenośni) spędziłem kolejne 3 godziny w drodze do Tirany. Im bliżej stolicy, tym smród robił się coraz bardziej nieznośny. Za oknem zaczął lekko padać deszcz, słońce zachodziło za góry, a kierowca na dodatek puścił na koniec albańskie radio Maria. Poziom absurdu tamtej sytuacji wtedy zdecydowanie wygrał ze wszystkim innym. Wreszcie z serdecznym uśmiechem pożegnałem kierowcę i jego żonę w Tiranie, i wróciłem do hotelu. Tamten dzień zapamiętam w każdym szczególe. Jedna z najbardziej survivalowych sobót, jakie miałem.
Cerkiewka na wzgórzu nad miastem.
A ze wzgórza widok taki!
Czerwone dachy Korczy
Taką Albanię zapamiętam na długo
Główna cerkiew w mieście
Mijałem to kilka razy, aż w końcu olśniło mnie, że to wieża widokowa!
Główny deptak w Korczy
Poza Tiraną czasami jeszcze jeździ coś takiego;-)
Nadciąga burza...
Wiatr, że urywa głowę...
Już po burzy w okolicy browaru.
Widok z wieży widokowej.

Komentarze

  1. Chciałam napisać, jaka ta cerkiew ładna rzeczywiście, i o mieście okien - rewelacyjny widok, ale wtedy... pojawił się ogórek Mercedesa ;) No i wybił mnie z rytmu. Boski. Powiedz mi proszę, czy da się tam podróżować znając tylko angielski? Opis podróży w towarzystwie kóz bardzo ciekawy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogórki w Albanii coraz rzadszym widokiem, więc wtedy musiałem zrobić zdjęcie na szybko :)
      Angielski w Albanii jest słaby - w stolicy znajdziesz ludzi, którzy znają może kilka słów, na swobodną komunikację nie nastawiaj się, tylko co z pokroju "african english" ;) radzę się albo poduczyć włoskiego lub albańskiego - ze znajomością jednego lub drugiego od razu podbijesz serca ludzi, serio :)

      Usuń
  2. Haha Ty na te 130 km nie narzekaj, bo 4 godziny to i tak nie jest zly czas. Ja raz w Kolumbii jechalem droga bez asfaltu przez 30 km i 100 km jechalem okolo 6 godzin ciezarowka - juz nie rob z tej Albanii konca swiata, podobno to jedyny niezadluzony kraj w Europie. Fajne fotki oddaja klimat kraju i to miasto okien nieco wyglada przez zabudowe jak Girokastra. Szkoda ze przygoda trwala tylko miesiac, myslalem, ze jak wymiana to przynajmniej na pol roku ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lepiej, że na miesiąc, a nie pół roku, bo w tym chaosie organizacyjnym na Bałkanach długo bym nie wytrzymał :P
      A Albania może i niezadłużona, ale to się zmieni, gdy za 2 lata wejdą do Unii Europejskiej ;) Więc taki biedny i straszny kraj to nie jest. Zrobili bardzo dużo ze sobą przez ostatnie lata, w porównaniu do swoich sąsiadów na pewno ;)

      Usuń
  3. Twój blog ma konto na instagramie? Bo chętnie bym polajkowała zdjęcia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komplement:-)
      Narazie Insta jeszcze nie ma, ale może kolejne sugestie, jak Twoja, może finalnie mnie przekonają do niego :)

      Usuń
    2. O to ja też podpisuję się pod petycją - Instagram Włóczykija ;)

      Usuń
  4. Albańskie taksówki i busiki są boskie:) Pamiętam, jak ustaliliśmy cenę z kierowcą przed wyjazdem, a kiedy wysiedliśmy chciał od nas dwa razy tyle - zarzekając się, że to chodziło o jedną osobę. Oczywiście on po albańsku, my po angielsku z kilkoma słowami albańskimi. Wyszło na nasze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najtaniej miałem wtedy, gdy w ogóle nie próbowałem mówić po angielsku. A z uśmiechem na twarzy czasem dostawałem zniżkę tu i ówdzie :D

      Usuń
  5. Domyślam się, że z angielskim tam cienko, nie? :) W jakim języku najlepiej się dogadywać? Włoski? Rosyjski?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Włoski. Dobrze przyjmują każdego, kto próbuje po albańsku mówić, po włosku także.
      W stolicy i najbardziej turystycznych miejscach jeszcze angielski dochodzi, ale to bardzo biedny angielski;-)

      Usuń
    2. Kupiłam albańskie rozmówki... słucham rozmówek i lekcji na TouTube i cięęęęężkooo idzie ;)

      Usuń
    3. Nie poddawaj się!!! Słuchaj albańskiej muzyki! Radio MAD Albania - polecam ;)

      Usuń
  6. Oj przejechałoby się takim autobusem :)
    Miasto okien też super wygląda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie autobusy to już rzadkość w Albanii. Busy marki Mercedes (jak u nas) dominują;-)

      Usuń
  7. Cerkiew rzeczywiście bardzo ładna, choć ja wole te nasze, drewniane, łemkowskie :) Co nie zmienia faktu, że te bałkańskie naprawdę mają swój urok.
    Za to zdjęcie wieży widokowej ścięło mnie z nóg, iście albańska fantazja architektoniczna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te nasze łemkowskie to są cudowne!!! Ich nic nie przebije:-)
      Prawda, Albańczycy mają dziwną myśl budowlaną, wszędzie wszystko pasuje jak pięść do nosa :P

      Usuń

Prześlij komentarz