O powrotach w Góry, czyli kilka myśli na początek roku

I mamy rok 2018. Jesteśmy znowu "młodsi". Początek roku to taki czas, kiedy chcemy wszystko zacząć od nowa. Zrobić lepiej, inaczej, sprawniej. Czas postanowień. Że w końcu zrealizujemy to, czego nie zrobiliśmy w roku poprzednim. Także to jest taki moment, kiedy przed Nowym Rokiem podsumowujemy stary i rozmarzamy się z nadzieją nad tym nadchodzącym. I właśnie o tym będzie ten tekst. O kilku klatkach z roku 2017 i paru marzeniach na kolejny.

Estonia. Tym hasłem można streścić ostatni rok.

Skrzętnie ukrywane, tłumione przez wiele lat ciche marzenie o życiu zagranicą zostało spełnione. Wiem i doświadczyłem na własnej skórze, jak to jest mieszkać rok w innej społeczności, uczyć się języka, mentalności, zachowania na nowo. Ten czas nie był dla mnie podróżą, a swoistą emigracją i próbą przystosowania się do nowych warunków na miejscu. To była prawdziwa lekcja życia przez duże Ż, podczas której trzeba było też zdecydować o tym, co dalej. Klamka zapadła - wracam do domu, w Góry, po 6 latach mieszkania/studiowania w Krakowie i roku w Estonii. I tak 5 września z uśmiechem na twarzy i skromnym zaskórniakiem wróciłem do Nowego Sącza, myśląc, że "jakoś to będzie".

Więcej o samej Estonii przeczytacie tutaj (KLIK), a o tym, dlaczego stwierdziłem, że pora wrócić do Polski tutaj (KLIK).

"Złota jesień" i re-szok kulturowy

Zaraz po powrocie wszystko było piękne. Nadrabianie znajomości, spotkania z przyjaciółmi, domowe obiadki, w końcu polska kuchnia, gdzie ktoś używa pieprzu i innych przypraw (estońska kuchnia bazuje na śmietanie, a pieprz jest tylko ozdobą na stole). Szukanie pracy wreszcie, która znalazła się nieoczekiwanie trochę dalej niż w samym Sączu, bo w oddalonych o prawie 40 km Gorlicach. Ale dalej myślałem, że "jakoś to będzie". Przyszedł październik. Wdarła się rutyna i pierwsze kryzysy. Poranne wstawanie o 6 zaczęło boleć, pensja nie była "jak w euro", a wydatków tylko przybywało. Po pracy byłem tak zmęczony, że czekałem tylko na tą dwudziestą drugą, aby już iść spać. Nadzieje na odświeżenie starych znajomości z Nowego Sącza były jeszcze bardziej płonne, bo wielu wyprowadziło się na stałe do Krakowa, Warszawy, Londynu, Pragi czy nawet Stanów Zjednoczonych. Poczułem w pewnym momencie, że jakby znowu jestem w punkcie wyjścia. Znowu jako ten nowy, choć z pozoru w mieście, w którym się wychowałem. Pojawiła się kasza w głowie i jesienny chaos, a z niego można było się podnieść zaczynając właśnie od zera. Nowa praca z mniejszością łemkowską wymagająca nauki już piątego w moim życiu języka obcego. Nowi ludzie dookoła, nowe zajęcia, nowe nawyki, nowe rzeczy, które zacząłem robić. 

Wielu blogerów często snuje refleksje o trudnościach życia zagranicą. Z większością się całkowicie zgadzam. Natomiast rzadko gdziekolwiek jest poruszany temat powrotów z dłuższych pobytów zagranicznych. (I nie mowa o tygodniowej depresji po wakacjach na Rodos.) Powroty z zagranicy właśnie wiążą się z ponowną aklimatyzacją do "starego" świata, który dla nas nie jest już taki jak dawniej. My się zmieniliśmy i nasza mała ojczyzna także. Okazuje się, że nie jesteśmy już tak znani na podwórku jak dawniej. Znowu startujemy z punktu zero starając się o pracę, o uwagę, o zainteresowanie nami i pozycję. Do tego jeszcze trzeba się zmagać z tym, że nikogo nie będzie interesować, to co się działo zagranicą z nami i w nas. W takich momentach najcenniejsi okazali się dla mnie EVS-owi i estońscy przyjaciele, z którymi mogę nadal dzielić swoje radości i smutki.

Chciałbym unikać narzekania i biadolenia, jak to źle było wrócić do domu. Nadal uważam, że to najlepsza decyzja z możliwych, którą podjąłem. Po prostu nigdy nie jest łatwo, ale przychodzi w końcu ten moment, kiedy "dajemy sobie plaskacza w twarz", ogarniamy się i idziemy dalej po nowe!


Co nowego po powrocie w Góry?

Sporo! I jak na pierwsze 4 miesiące po powrocie na łono Sądecczyzny to sam sobie się dziwie. 

Wraz z przyjacielem Tomkiem (vel. Beskidzki Bradiaga) zaczęliśmy prowadzić Prowincjonalny Klub Podróżnika, czyli comiesięczne prelekcje podróżnicze w sądeckiej Kawiarni Prowincjonalnej. Choć nadal jesteśmy na początku działań, to raz po raz dostajemy pozytywne głosy, że lokalna społeczność interesuje się naszą inicjatywą.

W końcu byłem pierwszy raz w życiu w Bieszczadach! Odwiedziłem przy okazji część Rusi Preszowskiej we wschodniej Słowacji, która jest tamtejszym odpowiednikiem Beskidu Niskiego i Bieszczad, z tą różnicą, że nadal mieszka tam wielu Rusinów. Do tego byłem pierwszy raz w Pradze (tej czeskiej!) i bardzo pozytywnie wspominam tą stolicę, nawet z punktu widzenia jej tylko przez weekend. Praca z Łemkami okazała się tak elastyczna i twórcza, że w ciągu jednego miesiąca byłem na dwóch wyjazdach - w Budapeszcie i ...na Islandii! Ta ostatnia podróż dalej przez myśl mi nie przechodzi, że się stała i ogarnąłem w związku z nią wszystkie formalności. Do tego znowu odwiedziłem Góry Leluchowskie, uskuteczniając wyjazd autostopem, jeszcze Eliaszówka oraz grudniowa Cyrla na przetarcie zimowych szlaków. Pisząc teraz te słowa, naprawdę chyba mi się dużo udało dokonać przy tak ograniczonym czasie wolnym! 

Codzienne dojazdy do Gorlic nie okazały się tak męczące, jak mi wróżono. Przy ładnej pogodzie twarz nadal mi się nie odkleja od szyby, a o tych wrażeniach nawet powstał na spontanie krótki wpis (KLIK). Możliwość poznania Gorlic, przybliżyła mnie jednocześnie do Beskidu Niskiego, Łemkowyny i poszerzyła ten mój mentalny beskidzki świat. 

Czy Nowy Rok przyniesie jeszcze coś nowego?

Przyniesie na pewno jeszcze więcej pracy. Tej kreatywnej, twórczej, nieprzewidywanej (w dobrym i złym znaczeniu), pełnej języka łemkowskiego i biurokracji typowej dla "trzeciego sektora". Biorę to na klatę! Jak również wyzwanie, by pilnować swoich "estońskich nawyków" - cieszyć się smakiem świeżo zaparzonej yerba mate, praktykować spacery dłuższe i krótsze po górach i innych zielonych terenach, by biegać częściej i wystartować w jakimś ambitnym biegu górskim. I tak dalej. Ah! I aby odwiedzić swoją "estońską małą ojczyzną" - co się stanie właśnie za niecałe 2 miesiące, bo bilety kupione!


Co z tym blogiem?

Rok 2017 był zupełnie inny. Statystyki co prawda znacznie zmalały (dla niektórych pewno byłaby to tragedia), ale mam wrażenie, że zaangażowanie Was, Czytelników jest większe. Blog wyraźnie zawęził tematykę. Nie jest to ot tam sobie taki blog o podróżach, a strona o Estonii, o Beskidach i trochę bardziej o mnie, o czym świadczy chociaż większa ilość tekstów lifestyle'owych. Sądecki Włóczykij wyszedł bardziej do ludzi (i "na ludzi" chyba też, haha!) organizując wyżej wspomniany Klub Podróżnika, czy poznając na żywo innych wędrowniczo-górskich wariatów. Za ich obecność jestem bardzo wdzięczny :-)

Ponadto, co tu ukrywać, Facebook mi się znudził, ograniczył organiczne zasięgi, a zamiast na reklamę nadal wolę wydać 5 złotych na busa do Piwnicznej, aby podjechać w Beskid. Konto na Wykopie zostało usunięte, a w niszę wdarł się Instagram, gdzie śledzę wielu z Was (i Wy mnie!). Na blogu pojawiły się tylko 24 wpisy (w 2016 było 33, a wcześniej jeszcze więcej). Stawiam już na proste, refleksyjne relacje z podróży małych i dużych. Dbam coraz bardziej, by fotografie cieszyły oko i wnosiły do życia więcej, niż tylko efekt wow. 

Zobaczymy, jakie górskie, i nie tylko, kierunki przyniesie kolejny rok. Za dotychczasową obecność dziękuję pięknie każdemu z osobna. 

Niech ten 2018 rok, życzę Wam przede wszystkim, aby wniósł coś świeżego w Wasze życie. Podróżujcie, otwierajcie się na ludzi, zagadujcie do pań w spożywczaku, pożartujcie z kierowcą autobusu, odwiedźcie te miejsca w Waszej najbliższej okolicy, których w ogóle jeszcze nie znacie. Pozwólcie sobie na ten prosty, życiowy luz. Tego i jeszcze więcej życzy Wam autor bloga Kuba Zygmunt.

PS. Zdjęcia do tekstu przedstawiają sądeckie "skałki" i Lasek Falkowski podczas krótkich spacerów w Boże Narodzenie. Tak wygląda zima dwa dni po wietrze halnym!


Komentarze

  1. Grunt to wiedzieć czego się chce i gdzie się zmierza ;)
    Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grunt to zmierzać w jedną stronę, a nie łapać kilku srok za ogon, bo żadnej nie złapiesz :)

      Usuń
    2. Każdy ma swoją drogę.

      Usuń
  2. Ktoś tutaj przechodzi z bloga podróżniczego na lifestyle'owego. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lifestyle'owy Włóczykij, nowa nazwa, haha :-)

      Usuń
  3. Jak na tę kilka miesięcy od powrotu z Estonii to zdążyłeś przewędrować bardzo wiele ! Życzę Ci wszystkiego najlepszego na Nowy Rok dokądkolwiek poniesie Ciebie 😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci pięknie! A Tobie wzajemnie co najmniej tylu wyjazdów, ile w poprzednim roku :)

      Usuń
  4. Doskonale rozumiem te dylematy emigranta. Choć sama póki co nie zdecydowałam się na powrót, to i tak naczytałam się i naobserwowałam sporo podobnych historii. Powroty zawsze są trudne. Początkowo, wiadomo jest faza euforii, wszystko się wydaje cudowne i piękne (zawsze tak mam, gdy przyjeżdżam do Polski na wakacje). Później, gdy zaczyna się codzienne życie, większość wpada w emocjonalny dołek. Sporo osób wyjeżdża znów za granicę. Czasem się trudno dostosować, bo podczas pobytu w innym kraju, zmienia się nasza mentalność, jesteśmy już innymi ludźmi. Życzę powodzenia i trzymam kciuki.
    Może napisz jakiś post o tych łemkowskich działaniach? Mnie osobiście taka tematyka bardzo interesuje. Pracujesz dla Ruskiej Bursy, Czuhy? Czym teraz zajmują się Łemkowie? Są jakieś nowe, fajne projekty?
    Na nowy rok Mnohaja lita wo zdrawije i spasenije!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Przez cały czas się zmieniamy, a jak przez chwilę wybędziemy z naszego "naturalnego środowiska" to zmieniamy się inaczej niż by się to działo na miejscu. Dziękuję za zrozumienie!
      O Łemkach może coś powstanie w swoim czasie. Robię w Ruskiej Bursie:-)
      Wszystkoho dobroho v tym nowym roci! :)

      Usuń
  5. Nadrobiłam zaległości no i ,wow pięknie jest tu pisane . Ty piękny człowiek jesteś. Będę w takim razie kibicować abyś odnalazł to czego szukasz . ��

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetny blog. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Na pewno będę częściej tutaj zaglądać.

    OdpowiedzUsuń
  7. Kuba :) Czytam o Twoim powrocie i jakby Estonię podmienić na Nową Kaledonię/Francję, to idealnie oddałoby to stan, w jakim bywam wracając do Polski. A re-szok kulturowy, o którym wspominasz, nazywa się reverse culture shock (powrotny/odwrotny szok kulturowy), pisałam o nim szerzej u mnie na blogu (http://www.ethnopassion.pl/2014/12/szok-kulturowy-i-miejsca-ktore-trzeba.html). Badamy to zjawisko razem z Mamą i przypomina mi się, wypowiedź jednej z respondentek, że powrót do kraju po dłuższej nieobecności jest jak zderzenie Titanica z lodowcem :D
    Na pewno na zawsze zapamiętasz ten estoński rok! I powrót też, bo chociaż była to trudna lekcja, to na pewno dużo z niej wyciągnąłeś! I super, że tak udaje Ci się łączyć pracę z wyjazdami!
    Trzymam mocno kciuki za kolejny pomyślny rok! No i mam nadzieję, że do zobaczenia niedługo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trafiło się, że jesień była bardzo aktywna podróżniczo. Cieszę się i zobaczymy co ten 2018 przyniesie :)
      No powrót z Kaledonii do Europy (tak ogólnie) to na pewno było jak Titanic z górą lodową :-D

      Usuń

Prześlij komentarz