Tatry, jesień, podróże i za dużo tego wszystkiego

słowackie Tatry Zachodnie i Rohacze na dzień dobry

Gdyby blogi pisało się na papierze to pewno teraz siedziałbym gdzieś na krześle "półdupkiem" i smarował coś na świstek papieru w przerwie między różnymi obowiązkami dnia codziennego. Najwyższa pora odświeżyć troszkę ten zakątek Internetu i przypomnieć się Wam, garstko ludzi, którzy tu zaglądają, że Sądecki Włóczykij nadal się włóczy, ale chwilowo trochę inaczej.

Tatry
Początek września. Zaplanowane ze sporym wyprzedzeniem cztery dni ze starym znajomym sprzed lat. Pogoda okazała się niemal zamówiona - jedyny deszcz nam padał pierwszego dnia, gdy jeszcze siedzieliśmy w Zakopanem oraz czwartego popołudniu, gdy wsiadałem w autobus powrotny. Jeśli miałbym nie liczyć wyjazdów do Zakopanego z grupami kolonijnymi to ostatni raz na Podhalu dla własnej przyjemności byłem 4 lata temu! A mawiają, że jak w górach mieszkasz, to pewno każde popołudnie w nich spędzasz.

Hala Ornak przy śniadaniu

Wybór padł na Tatry Zachodnie. Zdobywamy Bystrą (2248 m n.p.m.), najwyższy szczyt Zachodnich. Kolejnego dnia natomiast idziemy na Rohacze (Rohacz Płaczliwy 2125 m n.p.m.), kiedy to człowiek walczy ze swoim lękiem wysokości i fizycznymi przeciwnościami na jednym z najbardziej trudnych szlaków w górach z łańcuchami, przepaściami i kominami wspinaczkowymi. Ale dało radę! Radocha do dzisiaj trzyma, gdy o tym pomyślę.

spindranie się na Ornak (spindranie = wspinanie)

Ale wiecie w czym tkwi ta satysfakcja z takich wyjazdów? Że jedziemy w zupełnie inny świat, wchodzimy w doliny, wspinamy się na grzbiety, jesteśmy z dala od jakichkolwiek oznak cywilizacji typu sklepy, samochody, drogi. Nawet tłumy turystów nie przeszkadzają przy tym. Zwłaszcza, gdy na te kilka dni wyłączy się media społecznościowe, nie będzie się sprawdzać maili, przewijać tablicy na Facebooku i impulsywnie reagować, jak ktoś coś napisze na Messengerze. Przy takim wyzwaniu od razu czujemy, ile czasu zyskujemy - na zachwyt przyrodą i widokami, na drobne słowa i zdania wymieniane z obcymi ludźmi na szlaku, nawet na smakowanie wody z tatrzańskiego potoku wypływającego zaraz obok spod ziemi. 

Bystra!!

a tu po zejściu z Bystrej

Takie cztery dni. Fizycznie wycieńczające, psychicznie niemniej jeszcze. W końcu zrobiliśmy 65 kilometrów i ponad 4000 metrów przewyższeń w pionie. Człowiek wraca taki "zryty", ale odświeżony. Wtedy każdy hałas na ulicy boli bardziej, kolejne wiadomości prywatne na Messengerze tylko wprowadzają w lekki stan frustracji typu "spotkajmy się i pogadajmy, a nie tylko wiecznie w sieci". 


To był początek mojej, włóczykijskiej jesieni, w Tatrach.


Jesień
Kõik on uus septembrikuus. Wszystko jest nowe we wrześniu. Tak mniej więcej brzmi tłumaczenie estońskiego porzekadła. I jest coś w tym. Kilka rzeczy, co prawda, nie jest nowych: nadal pracuję w papierach i projektach z Łemkami w Gorlicach, nadal dojeżdżam lokalnym autobusem godzinę w jedną stronę, nadal mieszkam, gdzie mieszkam, w Sączu. A co nowe? Nowe zadania w pracy, więcej odpowiedzialności, więcej działania na pełnym zasuwie, a mniej czasu wolnego. A jeśli już jest to wtedy go poświęcam na dorywcze prace tłumaczeniowe (jak już się zna te języki, to warto to robić), zlecenia copywriterskie i nawet współpracę z "wielkim wydawnictwem" nad opracowaniem uaktualnionej wersji przewodnika pod Litwie, Łotwie i Estonii! 

I taka właśnie okazała się moja jesień, leciutko zapracowana.

Drzewa się już złocą. Pierwsze przeziębienie za mną. Sezon na herbatę z cytryną, imbirem i estońskim miodem czas zacząć. Rano trzeba wstać 5 minut wcześniej, by zdążyć ubrać kurtkę i dziesięć warstw na siebie, bo przecież w górskich kotlinach temperatura uwielbia spadać poniżej zera, by potem podskoczyć do 15-20 stopni. Zaczyna się nowa rutyna dnia.

ciąg dalszy umilania lektury tego wpisu zdjęciami z Tatr:-)

I zaczęła się pora na nową playlistę na Youtubie (polecam tego Brytyjczyka!).


Podróże
Tego, jak się okazuje, mi nie zabraknie jeszcze w 2018 roku. Były Tatry. Była we wrześniu Estonia, choć bardziej służbowo, ale jednak udało mi się wycisnąć z wolnego czasu najwięcej - spotkać znajomych, dowiedzieć się co u nich nowego, wypić moje ulubione "tume makjatto" (ciemne machiatto) w Roheline Maja w Viljandi, wyjść do hipsterskiego baru, być na rosyjskiej domówce z gitarą, śpiewem i winem, a nawet rozmawiać o polityce międzynarodowej o 3 w nocy i się nie pokłócić! (kilka ujęć z wyjazdu znajdziecie pod facebookowym linkiem o TUTAJ)

Październik i listopad również szykują się mocno! Będą i małe wypady w góry, a także dwa zagraniczne wyjazdy. Przyjąłem taktykę nie zdradzania tajemnic i organizowania wszystkiego pod płaszczem słów "zobaczymy, niech czas leci". Bądźcie czujni!

Rohacz Ostry na pierwszym planie

Za dużo tego wszystkiego
Bo faktycznie za dużo. Za dużo pracy, za dużo obowiązków, za dużo czasu marnowanego na dojazdy do pracy. Za dużo drobnych rzeczy przepływa przez palce. Za dużo wszystkiego, a za mało, by pomyśleć o sobie, zadbać o zdrowie, pamiętać o przyjaciołach. Za dużo Internetu i tego impulsywnego sprawdzania "co słychać w sieci". Za dużo pracy z komputerem przez ostatni rok, bo widzę, że ...coraz mniej widzę. Chciałbym się od tego wszystkiego odciąć, wyłączyć przyciskiem OFF i pić tą herbatę z imbirem (tak, po Estonii pokochałem imbir), ale tak się nie da. Przynajmniej całkowicie. Jedyne co mogę to starać się ograniczać lub eliminować to, co mi w codzienności nie jest najbardziej potrzebne. Okazjonalne "detoksy" od mediów społecznościowych, 15 minut dziennie poświęcone na Modlitwę w drodze, a także nawet ostatnio odkryte przez mnie w ...Internecie "chrześcijańskie mindfullness", czyli Ignacjańska Droga Uważności. To są te małe momenty, które tworzą nasze dni. Nie ma co na nie czekać - trzeba je sobie samemu zorganizować. I cieszyć się, jak najwięcej się cieszyć, a zwłaszcza z tych małych drobnostek każdego dnia.


Komentarze