8 miejsc na estońskiej prowincji, gdzie zimą nawet psy nie szczekają


Zima powoli odchodzi w niepamięć. Wyczekujemy dłuższych dni, przyjemnego uczucia słońca oświetlającego twarz. Czekamy wiosny. W Estonii zima trwa nieco dłużej niż w Polsce. Pierwsze śniegi potrafią się pojawić już w październiku, a w kwietniu nierzadko zdarza się solidny mróz i opady śniegu. Gdzie najlepiej oglądać zimę w Estonii? Poza wielkimi miastami, z dala od Tallinna, nie zahaczając o Tartu, jadąc tam, gdzie nikt się nie zapuszcza. Zwiedzając miasteczka, o których niewiele wiedzą sami Estończycy. Prowincja estońska to istny skarbiec pełen tajemnic, opuszczonych miejsc, smutnych przestrzeni, a także kraina przytulności i uroku. Zabiorę teraz Czytelnika na krótki spacer przez kilka miejsc, w których niekiedy słychać tylko wiatr.


Holstre

Chłodny listopadowy dzień. Pierwszy śnieg się roztapiał i spieszyłem do Holstre, niewielkiej wsi kilkanaście kilometrów na południe od Viljandi. 2 kilometry od głównej drogi znajduje się ośrodek narciarski i trekkingowy. Gęsta sieć szlaków turystycznych w prawdziwej tajdze - na to czekałem! Dołożyć do tego jeszcze fakt, że znajdujemy się na wyżynie i na szlakach nieustannie albo się wspinamy, albo ostrożnie schodzimy w dół, to czułem się jak w Beskidzie Niskim. W środku tygodnia było cicho i spokojnie. Przez kilka godzin nie spotkałem nikogo.


To było jedno z moich pierwszych spotkań z estońską prowincją. Krajobraz wsi jest zdominowany przez puste pola, lasy, nieliczne drewniane domy i betonowe bloki szeregowe, w których mieszkają pracownicy dawnych "estońskich PGR-ów". Estońska wieś się wyludnia, kolejne tysiące ludzie w całym kraju przeprowadza się do miasta za lepszą pracą. Natomiast kto zostaje na wsi, najczęściej pracuje w pobliskim mieście, do którego dojeżdża samochodem. "Kiedyś w każdym z tych domów mieszkali ludzie, którzy zawsze by ci pomogli - opowiada mi znajoma pochodząca ze wsi na północy kraju - dzisiaj te domy są opuszczone, niszczeją, a kto jeszcze mieszka to zabarykaduje się w nim i nie ma zamiaru wyściubiać nosa zza drzwi dla kogokolwiek. Kolejne rządy w kraju opowiadają się za reformami na rzecz aktywizacji ludności wiejskiej, ale nadal nic się nie dzieje. Tutaj problem wsi nikogo nie interesuje. Wszyscy jadą do Tallinna."

Z Holstre wracałem autobusem po godzinie 15. Widziałem młodzież wracającą ze szkoły, niektórzy już wracali z pracy. Razem ze mną czekał na przystanku pan zbierający śmieci i złom do skupu.

Tapa

Grudzień w Estonii nie zapisał się pod znakiem śniegu. Liczne odwilże, deszczowe dni, roztopy i wieczna szaruga. Nie sprzyjało to dobremu humorowi, zwłaszcza kiedy dzień ledwo co się zaczynał około 9, a kończył zaraz po 14.30. Przy okazji szkolenia EVS odwiedziłem znajomych w Tapa. Niewielkie kilkutysięczne miasteczko znane w kraju z tego, że położone jest na skrzyżowaniu dwóch najważniejszych dróg kolejowych: z Tallinna do Narvy i Tartu. Dawniej funkcjonowała jeszcze spora jednostka wojsk sowieckich. Obecnie jest to punkt przesiadkowy dla wielu mieszkańców kraju. Można by uogólnić, ze wygląda jak "typowe miasteczko prowincji", czyli kilka ulic stanowiących zabytkowe centrum, blokowiska na obrzeżach i kilka marketów przy głównych ulicach wylotowych. Takie jest Tapa. Ostatnio nawet znalazłem ogłoszenie o sprzedaży domu w tym miasteczku za 3 tysiące euro! Refleksja nasuwa się sama.


Park Narodowy Soomaa

Nie sposób pisać o Estonii i nie wspomnieć, że znajduje się ona na samej górze listy krajów z największą procentowo powierzchnią terenów zabagnionych. TOP3 stanowią Kanada, Finlandia i właśnie maleńka Estonia. Park narodowy Soomaa kryje w sobie jedno z największych bagien w państwach bałtyckich. Chociaż pogoda nie dopisywała, śniegu prawie nie było, a temperatura na plusie, to oglądanie z okien autobusu gigantycznych połaci gruntów zalanych wodami robiło wrażenie. A niewielki trekking po lokalnym szlaku wiodącym śladami bobrów pozwolił poznać estońską zabagnioną tajgę od środka. Ze Soomaa jest jeden problem, ale z punktu widzenia ochrony przyrody jest to zaleta. Nie kursują tam żadne regularne połączenia autobusowe (no chyba, że chcecie maszerować 20 kilometrów). Dobrze jest mieć znajomego, co Was zawiezie, albo wynająć w tym celu samochód.


Suure-Jaani

Na początku stycznia trochę przymroziło w Estonii. Temperatura w ciągu dnia nie podnosząca się nawet do -15 dawała się we znaki. Suure-Jaani stało się miejscem krótkiej wycieczki. Tysięczne miasteczko nie słynie z niczego. Położone z dala od krajowych dróg, pełne drewnianych domów, stary cmentarz, opuszczona cerkiew i średniowieczny kościół położony nad brzegiem zamarzniętego jeziora. W środku można nie spotkać nikogo poza wiatrem i szczekającymi psami pilnującymi domostw. Miasteczko, choć jest małe i nic nieznaczące na mapie Estonii, to wydało w swojej historii m.in. kilku artystów jak pozytywistycznego malarza Johanna Köllera. W centrum znajduje się niewielkie muzeum, a głodni i spragnieni mogą odpocząć w kawiarni "U Artura" (Artuuri Juures). Idealne miejsce na jednodniowy relaks z dala od szumu i zgiełku wielkich miast!


Valga


To jest dopiero ciekawe miasto! A konkretnie dwa miasta. Valka i Valga to dwie bliźniaczki położone w dwóch krajach na granicy Estonii i Łotwy. Po ogłoszeniu niepodległości obydwu krajów w 1918 roku przez długi czas sąsiedzi nie mogli się porozumieć, gdzie będzie znajdować się Valga. Finalnie w wyniku zgody miasto podzielono 1 lipca 1920 roku między Łotwę i Estonię. Mniejsza część przypadła tej pierwszej, znacznie większa z historycznym centrum Estonii. Dzisiaj Valga słynie jako stolica tanich zakupów, marketów alkoholowych i jako "miasto-dziwoląg" gdzie granica przebiega między domami, koło stacji benzynowej, zaraz za płotem sąsiada. Dzisiaj przyjeżdżają tutaj nieliczni turyści by oglądać ten, nazwijmy to, ewenement. Niestety z historycznego centrum zachował się jedynie kościół protestancki i jedna pierzeja kamienic przy głównym placu. Resztę miasta stanowią bloki w stylu "wielkiej cegły lat 60-tych" oraz nieco ponure stare, drewniane kamienice na styl rosyjski. Valgę/Valkę zamieszkują dzisiaj 3 narodowości: Estończycy, Łotysze i Rosjanie. Niekiedy trudno wszystkim dogadać się ze sobą. Młodsze pokolenie używa już języka angielskiego, a starsze rosyjskiego. Pamiętam z Valgi rewelacyjną pizzerię, nieopodal granicy łotewskiej, Riia Kohvik. Wnętrze bezstylowe, plastikowe kwiatki na stołach, metalowe krzesła, szmaciane zasłony i ten przeciąg od drzwi. I duża pizza czterokrotnie tańsza od tej w Tallinnie!

Narva

Jak można nazwać trzecie co do wielkości miasto w kraju prowincją?! Ano można. Dla niektórych to nic nie znaczący punkt na drodze do Sankt Petersburga, ale dla niektórych to metropolia, miejsce pracy, mała ojczyzna. Niewiele ponad 67 tysięcy mieszkańców, ale nie takich sobie zwyczajnych - 97% z nich to osoby rosyjskojęzyczne. W mieście wszyscy posługują się językiem rosyjskim, a miasto jest położone nad rzeką Narvą, która na całej długości jest granicą między Estonią i Federacją Rosyjską. Stąd bliżej do Petersburga niż do Tallinna. Czy mieszkańcy czują się również mentalnie bliżej tej rosyjskiej metropolii to już trudniej stwierdzić. Jak dzisiaj wygląda Narva? Niemal doszczętnie zniszczona po II wojnie światowej, została odbudowana w panującym kiedyś socrealistycznym stylu architektonicznym. W niektórych miejscach pachnie Nową Hutą, w innym miejscu warszawskim Ursynowem, ale nad samą rzeką jest główna atrakcja - twierdza obronna z XIII wieku. Przez większość czasu należąca do Liwów, położona jest po stronie estońskiej. Po drugiej stronie znajduje się równie monumentalna twierdza w rosyjskim Ivangorodzie. Spacer promenadą nad rzeką był najlepszym momentem podczas wycieczki po mieście. Tu - Estonia, Unia Europejska (choć jej świadomość w tym kraju jest znikoma), waluta euro, strefa Schengen. Tam - Rosja, wieczny oprawca (przynajmniej w stereotypach i w historii), słaby rubel, wjazd za wizą.

Tam już Rosja.


Z jakimi problemami zmaga się Narva dzisiaj? Wbrew pozorom nie zamieszkują jej tylko osoby z obywatelstwem estońskim. Stanowią oni zaledwie połowę mieszkańców miasta. Pozostali to obywatele Federacji Rosyjskiej z pozwoleniem na stały pobyt oraz "bezpaństwowcy". Ci ostatni to wyjątek na skalę światową (jeszcze Łotwa takim statusem może się "pochwalić"). "Bezpaństwowcy" to mieszkańcy Estonii, którzy po rozpadzie ZSRR nie będąc etnicznie Estończykami, nie dostali automatycznie obywatelstwa Estonii. W większości jest to ludność rosyjskojęzyczna, która powinna zdać zdać egzamin językowy. Ponieważ gros z nich to starsze pokolenie, które niekiedy bardziej tęskni za Chruszczowem niż za Unią Europejską, więc nie starając się o to, dostali paszport "bezpaństwowca". Nie mają oni obywatelstwa żadnego kraju, rezydują w Estonii, nie mają praw wyborczych, ale mają prawo do świadczeń socjalnych, mogą podróżować po strefie Schengen oraz bezwizowo wjeżdżać do Rosji. Wygodne, co nie?

Narva cierpi dzisiaj na brak inwestycji, brzydotę i stereotypowe postrzeganie, że to miasto "rosyjskie", więc nie warto tam jechać. Przez minione 25 lat miasto wyludniło się o blisko 1/3. Młode pokolenie posługujące się zarówno estońskim i angielskim próbuje zmieniać to miasto, ale Narva zapewne nie stanie się lepsza i piękniejsza już jutro. Trzeba poczekać trochę dłużej.

Pärnu

"Estoński Sopot" zasługuje na więcej uwagi latem, zdecydowanie. Kiedy na miejskiej plaży wylegiwują się tłumy spragnionych słońca Estończyków. I na pewno tam wrócę. W takim razie, co mnie tam przywiodło w środku mroźnego lutego? Koncert znajomego, który ostatecznie się nie odbył. W ramach rekompensaty Morze Bałtyckie zdecydowało się zamarznąć konkretnie i wraz z kilkoma znajomymi wyprawiliśmy się na kilkukilometrowy spacer w morze. Słońce, błękitne niebo, wielokilometrowe połacie lodu, statki transportowe tkwiące w lodzie czekające na lodołamacze z portu i dźwięk trzeszczącego lodu pod nogami. Radości nie było końca, jedna z najlepszych niespodzianek w Estonii. Czułem się, jak na Morzu Arktycznym wędrując ku biegunowi północnemu. Adrenalina odkrywcy towarzyszyła. Niekiedy widok lokalnych wędkarzy łowiących z przerębla przeszkadzał, ale nie dość, by czuć się jak niebie.


Kallaste

Ostatnie miejsce na liście. Rybackie miasteczko nad brzegiem największego jeziora w Estonia - Pejpus. Jest to także piąte największe jezioro w Europie i największe transgraniczne jezioro na Starym Kontynencie. Bezcelowe jest wyglądanie drugiego brzegu jeziora, ponieważ jest tak daleko. Jak przystało na mroźny luty - jezioro było całkowicie zamarznięte. Jeździły po nim skutery, samochody terenowe, wędkarze łowili w przeręblach. Wiatr wiał niemiłosiernie, ze wschodu. Kallaste jest jednym z dwóch miejsc z jakąkolwiek infrastrukturą turystyczną po estońskiej stronie jeziora. Jest plaża, hostel i prowincjonalna knajpa. Miasteczko zamieszkują w większości Rosjanie i nie są ta wbrew pozorom imigranci z czasów sowieckich. Założone zostało w XVIII wieku jako wieś staroobrzędowców - odmiana prawosławia. Dzisiaj można zwiedzić niezwykle ciekawy cmentarz z kolorowymi krzyżami położony na wysokim klifie nieopodal jeziora. Intrygujące jest to, że na cmentarzu wszystkie mogiły są zwrócone głowami w stronę wschodu. Przypadek?


Kocham estońską prowincję. Najlepiej wygląda zimą, trochę złowrogo, trochę bajkowo (jak jest sporo śniegu). Wielu Estonia kojarzy się tylko z dwoma największymi miastami Tallinnem i Tartu, ale to tylko fragment kraju. Na wsiach i w niewielkich miasteczkach toczy się alternatywne życie. Walka o utrzymanie biznesu, o to, czy starczy pieniędzy do kolejnej wypłaty, walka o nielicznych turystów. Na prowincji dzieci mówią na ulicy "dzień dobry", a w lokalnej spelunie pani policzy za dwa kieliszki wódki jak za jeden. Nie bójcie się wsiąść w dziadoski autobus, w którym klekocze wszystko w środku. Bo jaki by nie był, to warto odwiedzić ten "estoński święty spokój".



Komentarze

  1. Piszesz z lekko melancholijnym zabarwieniem. Czy odkryć odrobinę pozytywnego tchnienia na estońskiej prowincji?

    W mojej rodzinnej miejscowości po zmianach systemowych też były tylko bloki popegieerowskie. Aktualnie miejsce tętni życiem i dynamicznie się rozwija.

    Dlaczego tam sprawa wygląda inaczej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogólne przemiany gospodarcze po 1991 roku poszły w Estonii w inną stronę. Piękne drogi, infrastruktura i cyfryzacja państwa. Rolnictwo nadal w pewien sposób jest kolektywne w Estonii - tzn. istnieją gigantyczne farmy, które należą do niewielkiej liczby ludzi. W Estonii nie kwitnie konsumpcjonizm i mała przedsiębiorczość. Tutaj dominują duże zakłady produkcyjne, które z biegiem komputeryzacji zaczęły zwalniać ludzi, którzy w poszukiwaniu pracy pojechali do miast. Ponadto bardzo ciężko jest ożywić obecnie małe miejscowości, gdzie mieszka 10-20 ludzi, odległości między domami liczy się w setkach metrów, nie ma sklepu, szkoły, jest najwyżej przystanek autobusowy.
      Ale są podejmowane próby ożywienia prowincji. Jakiś czas temu zrobioną reformę administracyjną tworząc bardzo małe gminy (niektóre z nich mają mniej niż 1000 mieszkańców) wewnątrz których mieszkańcy mają się poczuć do odpowiedzialności i zadbać o szkołę, o centrum młodzieżowe, o sklep, o ładne tereny zielone. Tyle obecnie można tu zdziałać. Rzeczywistość jest z goła inna niż w Polsce, bo gęstość zaludnienia jest ponad 5-krotnie mniejsza :)

      Mam nadzieję, że nie wychodzi na to, że narzekam. Estonia jest piękna i latem na pewno będę płonął z zachwytu nad tutejszą przyrodą. A tak poza tym kraj jest dośc melancholijny, spokojny, cichy, skłaniający do nieustannych refleksji, więc i taki ton wpisu :)

      Usuń
    2. Ciekawe. Myślę, że dużo tkwi w głowie. Mniejsze zagęszczenie oznacza więcej terenu pod inwestycje, np. zakłady przemysłowe, sady, pola uprawne, hodowla zwierząt itp.

      Jednakże niejednokrotnie spotkałem się z opiniami, że społeczeństwo na Łotwie i w Estonii nie jest spójne. Różne korzenie, różny język i nawet telewizja nie ta sama.

      Z innej strony, twoje spostrzeżenia nasuwają wnioski, że nie mamy powodu tak bardzo narzekać na rozwój po zamianach systemowych w naszym kraju. Moja rodzinna miejscowość zmieniła się nie do poznania, przyrównując do czasów mojego dzieciństwa.

      Usuń
    3. Mniejsze zagęszczenie ludności oznacza większe zalesienie sięgające tutaj 50% i do tego 1/5 kraju się zabagniona. Więc te nowe tereny inwestycyjne nie wyrastają tutaj zza rogu jednak.

      Społeczeństwa na Łotwie i Estonii są różne. Ponad 25% w obu krajach stanowią osoby mówiące po rosyjsku, ale to nie oznacza braku integracji obu narodowości. Na Łotwie jest pod tym względem troszkę gorzej, w Estonii władze zrobiły naprawdę wiele, by zaktywizować i zintegrować rosyjskojęzyczną część obywateli (co nie oznacza wcale, że trzeba przymuszać ich do zmiany języka ojczystego na estoński).

      Mi się wydaje, że problem istnieje w mentalności. Wszyscy w Estonii nadal są przyzwyczajeni do swoistego socjalizmu, że państwo wszystko daje: pracę, mieszkanie, darmowy dojazd do szkoły itd. Ludzie tutaj nadal za tym tęsknią i częściowo obecne władze nadal na różne sposoby odpowiadają na to zapotrzebowanie. Jednak, co chwała i Estonii i Łotwie, ktoś pomyślał, że trzeba dbać o innowacje i iść z duchem czasu. Istnieją w obu krajach programu rządowe wspierające start-upy w różnych dziedzinach. Promuje się inicjatywę ludzi młodych, aktywizuje się zdolną młodzież, inwestuje się w nich. To widać w wielu miejscach gołym okiem, że młode pokolenie jest z goła inne od starszego, wychowanego w wiejskich pgr-ach. Pytanie, czy tą zdolność tworzenia inicjatyw posiadaną przez młode pokolenie, przeniesie się na grunt życia na prowincji i czy to ją ożywi. To pokaże czas.

      Usuń
  2. Ladne to miasteczko rybackie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Im dalej na Wschód, tym większy smród? - Czy to prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej nie. A skąd takie pytanie w ogóle, jeśli można spytać?

      Usuń
  4. Fajna zmiana szablonu, ja jednak przyzwyczaiłem się do starego:) Ten wygląda chyba trochę nowocześniej, ale ja jakoś wolałem poprzedni:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Tamten ponad 1,5 roku tkwił i czekał cierpliwie na zmiany. Blogspot rzucił nowe darmowe szablony to skorzystałem ;)

      Usuń
  5. Heh ja nad swoim pracowałem pół roku ale wszystko robiliśmy od podstaw sami, - wymyśliłem jakbym chciał żeby moja strona wyglądała, poprosiłem frienda aby napisał ją. Miałem farta bo frienda jest programistą inaczej bym dał z 1.5 tys za stronę na zamówienie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To masz farta do przyjaciół:-) Ja w wielu kwestiach polegam na sobie i radach innych blogerów.

      Usuń
  6. Do kompletu zabrakło wysp Muhu i Saaremaa. Jeżeli w środku lata panuje tam cisza i spokój, to ciekawe co tam się musi dziać zimą?

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz