6 rzeczy, które odkryjesz, kiedy wyłączysz media społecznościowe


Kiedyś natrafiłem na ciekawy artykuł Bartosza Cicharskiego prowadzącego blog MrCichy, w którym opisuje swoje wrażenia po kilkudziesięciodniowym detoksie od mediów społecznościowych. On swój odwyk zaplanował na Wielki Post, a ja nie chciałem czekać zbyt długo i odbyłem swoją terapię w Adwencie. Takim oto tropem przeżyłem 25 dni bez zaglądania na Facebooka i Instagrama (więcej soszjalowych aplikacji nie mam). Dla potrzeby komunikacji ze znajomymi oraz do pracy zostawiłem sobie Messengera, który na szczęście może działać niezależnie od Facebooka zarówno na telefonie, jak i na komputerze.

Po co to wszystko?

Już kiedyś doświadczyłem czegoś takiego, jak "odcięcie od Internetu" i było to w 2013 roku podczas wolontariatu w Pienińskim Parku Narodowym. Przez 4 tygodnie mieszkałem w miejscu, w którym nie było dostępu do wifi, laptop był w remoncie, a za telefon służyła mi "ceglana Nokia". Pamiętam powrót do internetowej rzeczywistości, kiedy przez ponad dwa tygodnie nie mogłem na nowo się przyzwyczaić do Facebooka, pisania wiadomości itd. Zwyczajnie wolałem jak najdłużej pozostać w strefie analogowej.

Lata minęły. Pojawił się smartfon, pojawiło się wifi, pojawili się pierwsi internetowi znajomi. Pojawiło się uzależnienie od sprawdzania mediów społecznościowych. Ręka w górę ten, kto czekając na zielone światło na pasach nie sprawdził Facebooka. Ręka w górę ci, którzy całą drogę autobusem przesiadują z nosem w telefonie. Niech zgłosi się ten, który podczas wyjścia do toalety nie sprawdził serduszek na Insta i lajków na Fejsie. Mam nadzieję, że poza moją ręką, żadna inna z Czytelników nie jest w górze.

Po lekturze tekstu MrCichego zainspirowałem się, by w końcu skoczyć na głęboką wodę. Dwa czy trzy dni bez Internetu, kiedy idziesz w góry to pestka - zwracasz automatycznie wtedy uwagę na przyrodę i towarzyszy drogi. Ale kiedy w swojej prozie codzienności masz nie sprawdzać, co jakaś blogerka opublikowała na swoim profilu, to wtedy zaczyna się prawdziwa lekcja charakteru. Sprawdźmy, co każdy z nas może odkryć podczas takiego detoksu.

To nie jest takie trudne

Myślę, że to kwestia zmiany kilku nawyków. Wystarczy nie zaglądać na konkretne strony i nie włączać konkretnych aplikacji. Aby nie kusiło zakładki na przeglądarce możemy usunąć, a aplikacje na telefonie usunąć. Kilka dni będziemy czuć pewien dyskomfort, że brakuje nam jakiś ikonek na tapecie telefonu, ale po tygodniu się przyzwyczaimy. Po dwóch tygodniach nie będziemy nawet tęsknić.

Inaczej patrzysz na internetowe relacje

Przed odwykiem martwiłem się tym, że diametralnie skurczy mi się krąg znajomych, z którymi utrzymuję kontakt. Tak ogólnie. Że bez Instagrama czy Facebooka, to jak tutaj kogoś skomentować, jak dać mu kciuka, jako znak docenienia. Nijak. A na Messengerze też przecież nie będę nagle pisać do tych wszystkich kilkuset znajomych i pytać, co u nich słychać i prosić o przesłanie zdjęć z ich codziennego życia. Odkrywasz, że po prostu te internetowe relacje nie są tymi najważniejszymi. Przez te kilkadziesiąt dni nikt z osób (po prawdzie tylko jedna osoba i to nie z Polski), z którymi tylko nawzajem się lajkujemy czy komentujemy tu i tam, nie zagaił do mnie indywidualnie w żaden sposób. Co ciekawsze, ja też nie czułem specjalnej potrzeby bardziej personalnego kontaktu z tymi osobami przez ten czas. Taki odwyk może okazać się dobrą rewizją dla naszych relacji, szczególnie tych niezobowiązujących, internetowych.


Odkrywasz w sobie nowe lęki i postawy

Mowa o FOMO (ang. fear of missing out), czyli o lęku przed tym, że coś cię omija. Słowem wstępu, napomknę, że od kilku lat staram się filtrować dobiegające do mnie informacje ze świata dalekiego i bliskiego. Nie oglądam wiadomości telewizyjnych, nie śledzę portali informacyjnych, nie czytam gazet i nie śledzę regularnie żadnych mediów opiniotwórczych (moim zdaniem "opiniodawczych"). Wiedzę ze świata czerpię generalnie z pojedynczych linków na Facebooku od zaufanych przyjaciół. No i właśnie tego podczas swojego odwyku nie miałem. Tak więc przez te kilkadziesiąt dni moja wiedza o bieżących wydarzeniach na świecie mocno się skurczyła. Na początku bardzo mi to przeszkadzało, czego się nie spodziewałem. Na szczęście szybko mi to przeszło i zostałem przy lekturze tylko dwóch niewielkich, niezależnych portali informacyjnych: Twój Sącz - aby wiedzieć, co w sądeckiej trawie piszczy i Przegląd Bałtycki - aby wiedzieć, o czym szumi nadbałtycki las. Takie zamknięcie na szerszy dostęp do informacji ze świata może sprawić, że poczujemy bardziej "tu i teraz" i naszą codzienność, która tak bardzo przelatuje nam przez palce (Zwłaszcza, gdy kolejny rok powtarzamy słowa "oj, jak ten czas szybko leci").

Uciekasz od "śmietnika", który sam tworzysz

Szczytna taka idea. Wyłącz media społecznościowe. Promuj akcję w stylu "wyloguj się do życia". I tak dalej, i tak dalej. Ale kiedy już byłem w tej sieci to sam tworzyłem ten szum informacyjny i "śmietnik" na tablicy Facebooka i Instagrama moich znajomych. Spodobała mi się jakaś nowa piosenka? Bach! Link na Fejsa do Jutuba. A niech widzą! Jestem na spacerze w lesie, albo akurat w danej chwili mam przed sobą ładny widok gór? Cyk! I zdjęcie ląduje na Instastory. Koniecznie z hasztagami, aby zobaczył ktoś więcej niż moi folołersi. Kiedy tego nie robiłem przez kilkadziesiąt dni to, jak można zauważyć, świat od tego braku "wiadomości" nie ucierpiał. Natomiast osobiście takie widoki zaczęły mnie cieszyć bardziej, telefon wyciągałem rzadziej z kieszeni, aby zrobić zdjęcie, a nowości z jutuba zaskakiwały mnie ze zdwojoną siłą. Podczas soszjalowego odwyku zrozumiemy, że bez wrzucania tych "prywatnych apdejtów" z naszego życia, te małe radości codzienności zaczną nas cieszyć bardziej i poczujemy, że one są naprawdę nasze. I żadne zdjęcie czy link do muzyki, nie odda tych emocji, jakie odczuwamy my.

Masz więcej czasu... na nic

Można mieć złudne wrażenie, że jak wyłączysz media społecznościowe to na pewno zyskamy kilka godzin dziennie ekstra na te przyjemności, na które dawno nie było czasu. Otóż odstawienie social media raczej oczyści nasz dzień z rozpraszaczy, ale nie sprawi, że nagle przybędzie nam pół dnia. W moim przypadku odwyk zszedł się czasowo z bardzo intensywnym okresem w pracy, co w rezultacie pomogło mi być bardziej produktywnym i działać efektywniej, ponieważ nie sprawdzałem co 5 minut "tej jednej wyjątkowej specjalnej zakładki" w mojej przeglądarce (mowa o Facebooku). Brak social mediów sprawił, że faktycznie przybyło mi kilka minut więcej w ciągu dnia, które mogłem przeznaczyć na to, co u facetów nazywa się z angielska "nothing box" (pudełko nic). Kto wie, ten wie, jak fajnie jest w takim pudełku. Reszta może posłuchać tego Pana :-)

Jesteś bardziej świadomy

W myśl powiedzenia: "trzeba raz spróbować wszystkiego, by wiedzieć czego sobie odmawiać", tutaj możemy przytoczyć analogicznie, że "trzeba odmówić sobie raz tego, co jest dla ciebie wszystkim, by wiedzieć czy warto do tego wrócić". W rzeczywistości detoks od mediów społecznościowych nie okazał się wielką katorgą, a "tylko" niewielką zmianą w codziennych nawykach. Ta zmiana też sprawiła, że człowiek jest bardziej świadomy, na co się nabiera codziennie zaglądając na Facebooka czy Instagrama i jak bardzo jest naiwny i łatwowierny na ten lekki, przyjemny (i pusty w gruncie rzeczy) świat mediów społecznościowych.


Jak wygląda zderzenie ze social mediami po detoksie?

Jedynym zderzeniem może okazać się liczba powiadomień. Ale kiedy sprawdziłem, czego ode mnie "chciały Internety" to okazuje się, że nie było to nic, bez czego bym nie przeżył. Lajki od spamerskich kont, zaproszenia na wydarzenia, na które i tak nie pójdę, jakieś powiadomienia o postach w grupach, a na Instagramie ledwie garstka nowych serduszek i nic nowego od znajomych. Zderzenie było raczej prędkim wejściem do lodowatej wody po sesji w saunie - wskoczyłem, zobaczyłem, że NIC, absolutnie NIC się nie zmieniło i wyskoczyłem. Wystarczyło mi kilka lub kilkanaście minut, aby zostać zbombardowanym zdjęciami świątecznego jedzenia, czyichś wakacji w egzotycznych krajach i masą selfie.

Co teraz?

Polecam każdemu takie postanowienie, aby na dłuższy czas pozbawić się dostępu do mediów społecznościowych i wrócić w pewnym sensie do dawnych czasów. Mam nadzieję, że teraz będzie mi łatwiej określać, co jest przydatną treścią w moim życiu, a co tą bezwartościową, którą będę mógł wyeliminować. Facebook, póki co, nie wróci na tapetę mojego telefonu, a bieda-wersji Messengera (czyli Messenger Lite) nie zastąpi jego pełna wersja. Instagram być może wróci do mojej codzienności, ale nie sprawdzany w ciągu każdej wolnej chwili, a tylko wtedy, gdy będzie ku temu potrzeba.

Pamiętasz, jak pachnie kawa o poranku? Kiedy ostatnio delektowałeś się nową nabytą yerba mate? Słyszałeś, jak skrzypi śnieg? Uśmiechnąłeś się do pani czekającej na zielone światło na pasach? Siedziałeś na spotkaniu ze znajomymi bez sprawdzania telefonu? Wyszedłeś kiedykolwiek na dłuższy spacer bez telefonu? Nie? To teraz chyba wiesz, co wobec tego zrobić.

PS. makaronizmy w tekście zostały użyte celowo, aby oddać jeszcze mocniej klimat zanglicyzowania internetowej rzeczywistości.

Komentarze

  1. Social media jak social media, można śledzić profile ciekawych i inspirujących ludzi, banując zdjęcia kotów i świątecznego żarcia i jest ok. Ale komfort mojego życia podniósł się ogromnie, od kiedy przestałam śledzić tzw. serwisy i portale informacyjne. Bo już od dawna mało w nich informacji, za to pełno sieczki. Wprowadziłam ostrą selekcję. Na tyle, by jednak nie być kompletnie nieświadomą, co się dzieje. Ale za te wszystkie "niusy" o kłótniach, dyskusjach, w co była ubrana aktorka X, co powiedział ten, a co tamten skomentował, to ja dziękuję. I jestem o wiele szczęśliwsza. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. polecam 'InfoPigułę - skomasowany news raz na 2-3 dni z najważniejszymi informacjami, bez zbędnych komentarzy - albo w postaci newslettera na maila (opcja lepsza), albo na facebooku.

      Usuń
    2. Ta InfoPiguła bardzo dobry pomysł! Dzięki za rade, Jurek!

      Ostra selekcja w niusach jest przydatna, ale ja się zastanawiam na samym mówienie, że selekcjonujemy informacje - informacji trzeba unikać, jakiś konkretnych, tych co nie chcemy. Ja unikam informacji, dzięki temu nie czuję, że coś selekcjonuję, wyrzucam, pozbywam się. Po prostu nie czytam, nie interesuję się wszystkim:)

      Usuń
  2. Super Kuba, że zdecydowałeś się na taki detoks. W prawdzie nie miałam nigdy tylu dni ciurkiem bez SM, ale pobyty na Nowej Kaledonii, gdzie ogólnie dostęp do Internetu miałam bardzo ograniczony, uświadomił mi, że naprawdę nic się nie stanie, jeśli nie będę reagować od razu (odpisywać na mejle, wiadomości, czy śledzić to, co dzieje się w SM). Facebookową ścianę na komputerze zablokowałam jakieś dwa lata temu, także przeglądam ją teraz tyko na telefonie, dużo rzadziej niż dawniej, kiedy miałam dostęp do walla na kompie. Najlepsze, że wcale mi tego nie brakuje. W Nowym Roku chciałabym oduczyć się sprawdzania telefonu zaraz po przebudzeniu, bo - jak piszesz - jest wiele innych codziennych przyjemności, którymi możemy zastąpić tą bezsensowną czynność.
    Jeszcze co do wiadomości ze świata, to polecam bardzo outriders. Raz w tygodniu wysyłają newsletter z rzetelnymi i świetnie opracowanymi niusami. No i wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak też myślałem, że Nowa Kaledonia dała Ci solidną lekcję, o co chodzi z tymi mediami społecznościowymi i dostępem do Internetu.
      Dumałem na tymi outriders, znam ich! Pytanie tylko, czy wiedza o tym, że gdzieś wybuchł wulkan, była tragedia, politycy się nie dogadali - czy to są te informacje bez których nie przeżyję? Kiedyś ludzie nie widzieli nic więcej, jak to co się dzieje 3 wsie dalej. I żyli, i społeczeństwo się rozwijało. Tutaj mam już dłuższy czas rozkminę, czy takie nie-interesowanie-się-co-w-świecie to już ignorancja i egoizm, czy tylko chęć powrotu do czasów, jak było kiedyś?

      Usuń

Prześlij komentarz