Na pograniczu

Zawsze interesowały mnie miejsca położone najbardziej na uboczu, z dala od wszystkiego. I takie miejsca najmniej znane. Które nazwy brzmią obco nawet dla mieszkańców. W ten sposób długie lata tkwił we mnie pomysł dotarcia do nadgranicznych dwóch wsi. Leluchów i Dubne. Niby Polska, ale prawie Słowacja. Niby Sądecczyzna, ale bliżej do słowackiego Preszowa niż do Nowego Sącza. 
Droga do Dubnego (fot. Włóczykij)



Była słoneczna, jesienna sobota. Pociągiem dotarłem do Muszyny, a potem myślałem tylko o kierunku południowych. W Leluchowie zamiast spokojnej, iddylicznej wsi zastałem wielki bazar. Słowacy urządzili targ. W sumie to byli w znacznej części słowaccy Cyganie. Wiązki na groby, znicze, kwiaty, kalafiory, tony ziemniaków, kapusty, sklepy z napisami maso, potraviny, syry, masaren. A wszystko okraszone polskimi napisami „dobre ceny!!!” Gwar, hałas, nagabywanie do kupna. Zupełnie jak na granicy polsko-ukraińskiej, albo polsko-innej. Handel króluje tutaj chyba od zawsze w leluchowskie soboty. A wszystko w okolicach tak bajkowych, naturalnych, przesyconych refleksją nad wszystkim. Ale mnie się wtedy nie chciało myśleć. Ruszyłem wzdłuż granicy, aby po pięciu kilometrach dotrzeć w kolejne miejsce z dziecięcych marzeń.

Cerkiew w Dubnem (fot. Włóczykij)
Dubne. Spokój tego miejsca zabraniał mi myśleć na głos. Nie miałem odwagi zakłócać tej ciszy. We wsi było dokładnie kilka gospodarstw, a wszystkie pamiętają czasy, gdy nasze babcie były małe. I ta muzyka. Słychać było szczekanie psów, głos starszej kobiety, gęganie gęsi i od czasu do czasu rumor silnika od traktoru. Przysiadłem wtedy pod drewnianą cerkiewką na wzgórzu. Rozpościerał się stamtąd widok na całą wieś. Kamienne ogrodzenie wokół świątyni obrostało już trawą. Drzewo przytulone do cerkwi dawało jakby przyjacielski sygnał swoja obecnością. Życie w Dubnem zdawało się na proste, ale jednocześnie było bardzo trudne. Jest tutaj mało możliwości, ale dużo czasu na poświęcenie się każdej z nich. Mieszka tutaj mało ludzi, ale muszą oni mieć duże serca. Chciałem jeszcze przez dłuższy czas słuchać szelestu liści i karmić się czerwienią lasów. Musiałem jednak iść dalej. Wracałem przez Leluchów i zauważyłem pewna zmianę. Wieś z hałaśliwej krainy handlu tandetą przemieniła się w kładącą się do poobiedniej sjesty osadę. Stragany były już w znacznej większości pozamykane. Kupujących prawie brak. A mnie dalej goniło wtedy naprzód. Postanowiłem wtedy ruszyć autostopem w stronę w Krynicy... cdn.

Komentarze

  1. Leluchów kojarzy mi się z piosenką SDM i miejscem gdzieś na końcu świata...
    pełen uroku opis, aż jeszcze bardziej chce się samemu zobaczyć magię tych miejsc..

    OdpowiedzUsuń
  2. Też mnie ciągnie w takie miejsca. Niby nie ma tam nic, a jest wszystko

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Mapa wpisów