Słoweńskie wakacje - cz.1 Triest, Adriatyk, latte...

Tegoroczny sierpień minął pod znakiem gorącego południa. Studencka wyprawa do Słowenii wszystkim jej uczestnikom zapisze się na długo. Dzięki niej właśnie powstał ten blog. Tylko tydzień. 7 dni. Długo i niedługo. Pierwszy wyjazd pod namioty. Pierwszy wyjazd samochodem zagranicę, na własną rękę, w gronie znajomych. 


Triest z rana



Molo i "moling" :-)
Dwanaście godzin jazdy przez Słowację, Austrię i wreszcie Słowenię. Nim ostatecznie dotarliśmy do naszego obozu chcieliśmy zobaczyć Adriatyk. Takie nasze "must seen" tej wyprawy. A że od naszego obozu i granicy słoweńsko-włoskiej do morza jest dziewięć kilometrów, to jaka sztuka? Cała noc w drodze, bez snu, bez wygód, przy niezbyt ciepłej pogodzie, dała się we znaki. Cierpliwie obserwowałem termometr w samochodzie wyczekując chociaż dwudziestu stopni. I doczekałem się ich - w Trieście - włoskim akcencie naszej tygodniowej przygody. Miasto na styku kultur i granic. Ni to metropolia, ni to dziura. Niby nad wielką wodą, ale ulice tutaj bardziej strome niż trasy narciarskie na Nosalu. 

Godzina szósta i jedyne o czym marzymy to o śnie. Najlepszym miejscem okazało się molo, na którego końcu, wyłożyliśmy się do zasłużonego odpoczynku. Zapach ryb i portu. Widok gór i morza. Hałas skuterów na ulicach i kutrów rybackich na przybrzeżu. Poranek w Trieście. 
Kiedy organizm był w stanie przejść już więcej, poszliśmy w miasto. Wymarzyła mi się kawa. Prawdziwa włoska. Nieznajomość języków dała mi w kość. Zamówiłem "latte", bo przecież tak w Polsce w wielu miejscach nazywa się kawę z ekspresu ze spienionym mlekiem. Dostałem... mleko. Bo "latte" znaczy "mleko" po włosku. Od wtedy wszędzie dla bezpieczeństwa dodaję człon "cafe latte". Kiedy wreszcie żołądek nasycił się napojem bogów wyruszyliśmy na zwiedzanie. Zamek, mnóstwo kościołów i kamienic w różnych stylach architektonicznych. Wpływy Rzymian, Wenecjan, Austriaków i ludów bałkańskich. Wszyscy odcisnęli swoje piętno na wyglądzie tego miasta. Aż chciało się zagubić wśród tych poplątanych uliczek wąskich aż tak bardzo, że z drugą osobą niekiedy ciężko się wyminąć. Głębokie cienie zapraszały do ochłody przed śródziemnomorskim upałem, który tamtego dnia wyjątkowo doskwierał. 
Po lewej latte :-)


Uliczki tak wąskie, że tylko pieszo je pokonasz

Kiedy słońce zachodziło coraz niżej nad horyzontem nadeszła pora pożegnać się z miastem i udać się do naszego obozu studenckiego już w Słowenii. Mnogość zakrętów na drodze przyprawiała o zawrót głowy. Wtedy jeszcze nie byliśmy świadomi, że ten zawrót głowy będziemy przez kilka kolejnych dni, kiedy poznamy piękno tej małej, wciśniętej między różne światy Słowenii.
Port, góry i zielone lasy

Komentarze

  1. Piękne zdjęcia - a zakręty o zawrót głowy przyprawiają też na trasie Transfogaraskiej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. akurat zdjęć tych serpentyn nie robiłem, bo trzeba było się wtedy trzymać czegokolwiek w samochodzie, by nie wypaść :-)

      Usuń
    2. No, to masz po co wrócić do Słowenii ;)

      Usuń
  2. ooo, kolejne sympatyczne opisy miejsc przywołujące miłe dla mnie marcowe wspomnienia... gdy także Triest był dopiero początkiem zachwytów nad Istrią... ach ach :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Mapa wpisów