Podróże, wersja mikro


To będzie wpis o niczym. Żadnych praktycznych informacji. Żadnych dalekich krain. Nawet żadnych gór i estońskich impresji. To będzie o czymś najzwyczajniejszym w świecie, jak zachód słońca nad rzeką. Przy akompaniamencie litewskiej nuty.


Dzisiaj był ten dzień, kiedy moje kolano się nie odzywało. A że ostatnimi czasy odzywa się często i już nie mogę tyle biegać niczym sarenka, tak jak dawniej, po górach, Beskidach, to praktykuję mikropodróże w postaci spacerów i truchcików po okolicach mojego (pod)krakowskiego miejsca zamieszkania.

A do tego wiele nie trzeba. Zacznijmy od szybciutkiego sprawdzenia w Internecie frazy "zachód słońca kraków". Jeśli nie robisz tego pierwszy raz to ciasteczka śmiało ci to podpowiedzą. Godzina 19:19. Wyliczasz minuty, ile potrzeba na dojście lub dotruchtanie i ruszasz.


Po drodze spotykają cię bzyczące owady, czasem skonsternowana twoją obecnością sarenka, zapach wilgotnej trawy, rozkopana przez dziki ziemia na ścieżce, szum z autostrady w tle i zachód. Ty idziesz dalej. Na mały żelazny pomost nad rzeką.


Siadasz sobie na zimnym metalu. Patrzysz przed siebie, w prawo, w lewo. Zauważasz bananowy księżyc. Za tobą lokalny pruje traktorem po swoim polu. Gdzieś dalej rowerzyści popijają napitki w ogródku letnim.


A ty łapiesz moment. Nie zwalniasz, nie zatrzymujesz się tylko, po prostu pozostajesz nieruchomy przez chwilę. Chłoniesz wieczorną wilgoć, komary dosiadają się do ciebie, czujesz się częścią otoczenia. Odczuwasz nadchodzące babie lato z porannymi mgłami i pajęczynami. Potem złota jesień, przedzimie i coś, co jeszcze bywa u nas zimą, a czasem ciapą. Odkrywasz, że jesteś w środku tego koła zmian.

Ruszasz w drogę powrotną. Kolory wieczoru stają się intensywne. W dzieciństwie mawiali, że jak dzień się kończy w ciepłych barwach to kolejny poranek zapowiada się pięknie. Sprawdzimy to kolejnego dnia. A tymczasem szum samochodów, otoczenie stacji benzynowej i droga wylotowa zawsze będą jakoś przypominać te wszystkie dni, kiedy podróżowało się autostopem. Do Serbii, po Estonii, po górskich drogach i innych jeszcze.

niewyraźne zdjęcia mają w sobie coś z niedopowiedzenia, a poza tym telefon to nie lustrzanka;)

Czasami nie chce mi się nic pisać, tylko stać i patrzeć (albo siedzieć, no jeszcze). Tak jak dzisiaj, na małym metalowym pomoście nad Wisłą w (pod)krakowskim Tyńcu, gdzie rzeka uspokaja się płynąc wąskim gardłem Bramy Tynieckiej.

Komentarze