Estonia - pierwsze myśli

Chodź na huśtawkę w Viljandi

Siedzę przy kieliszku Vana Tallinn, obok dla rozgrzania herbata z podarowanym mi w Estonii kubku z napisem po rosyjsku "Góry wzywają... muszę iść". Kęs czegoś słodkiego i mogę zabierać się za pisanie. Ale co najpierw? Jak podsumować minione siedemnaście dni podróży przez całą Polskę, Litwę, Łotwę do Estonii? To był najdłuższy wyjazd od czasu wolontariatu, zatem od ponad 2 lat. Niewiele miałem teraz zaplanowane, jechałem na żywioł z myślą "byle mieć gdzie, u kogo spać, a resztę się wymyśli na miejscu". I cóż, lepiej wymyślić nie mogłem. 


Siedziałem ze znajomymi w Roheline Maja w Viljandi. Piliśmy kawę, Laineli i Argo przegryzali je ciastkami cynamonowymi domowej roboty (est: kaneelisai), Julia zamówiła kremowy torcik, jakich w Estonii wszędzie od groma. Maarit zajadała się owsianką z dżemem z leśnych jagód. W tle leciała Mari Pokinen ze swoim klimatycznym kawałkiem "Paradiis". Tytuł nie bez powodu pasował do tej atmosfery, jaka panowała na spotkaniu. Było jak w raju. Chociaż kilka chwil później w pośpiechu biegłem na autobus w kolejne miejsce, a w głowie miałem świadomość, że "moje drugie miasto" odwiedzę nieprędko.

Słodkie śniadania w Rohelise

Ryga. Viljandi. Tartu. Tallinn. Wilno przelotem. Taki był ogólny plan. W każdym z miejsc (poza Wilnem) spędziłem od 2 do 5 dni w zależności, jak było mi bliskie. W Viljandi spędziłem najwięcej czasu.

Co, jak co, ale spaceruje się tam najlepiej. Po zamku, brukowanych uliczkach, czy dookoła jeziora wyznaczonym szlakiem. A po aktywnościach na świeżym powietrzu najlepiej jest usiąść gdzieś w jednej z wielu kawiarni i skosztować dobroci lokalu. Najlepiej w doborowym towarzystwie. I tak leciały te dni jeden za drugim. Od kawy do kawy, była wieczorna posiadówka w drewnianej kamienicy, było kilka przypadkowych spotkań na ulicy. Minęły ponad 2 lata, a dzieciaki (ba! młodzież) niektóre nadal mnie rozpoznają i pamiętają "tamtego Polaka" z centrum młodzieżowego. Ludzie się zmieniają, ale jak widać pamięć pozostaje. Jedna znajoma zdążyła urodzić, druga jest już w drodze, inni znajomi się zeszli razem, ktoś inny zdążył się wyprowadzić do Tallinna. Brzmi to jak historie o przyjaciołach z podwórka. Co jeśli to moje podwórko z przyjaciółmi znajduje się zwyczajnie prawie 1500 kilometrów od Nowego Sącza?

Viljandi i wyżej, i niżej

Syndrom Stasiuka odnawia mi się każdorazowo, kiedy wracam po raz kolejny w to samo miejsce. Sprawdzam, co się zmieniło i trzymam mocno kciuki, by jak najmniej. By te krainy, które zapamiętałem z konkretnymi pejzażami, wyglądały jak najdłużej niezmienione. Jest w tym coś z pogranicza głupoty, ale też nieuzasadnionej miłości. Co więc się podziało tam, gdzie byłem?

Na Łotwie pociągi bez zmian - śmierdząca tapicerka i brak toalet w połączeniach długodystansowych. W Estonii nadal te same piękne, nowe składy i nieśmiertelne panie konduktorki mówiące w kółko frazę "dzień dobry, dziękuję, proszę, miłej jazdy".

Dworzec w Rydze

Tartu. Tutaj kilka nowych budynków w stylu skandynawskim, niektóre kamienice dostały zasłużony make-up, jeden skwer doczekał się remontu i teraz można tam pójść bez obaw o życie i złamanie nogi. W kościele katolickim nadal ojciec Miguel z Chile odprawia msze po polsko-rosyjsku. Brak organisty, pieśni intonuje sam. W tym kościele wierni czytają czytania. Przyszedłem po 2 latach i od razu dali do łapy lekcjonarz i masz, czytaj. Nic się nie zmieniło. Nawet znajome twarze siedzą dokładnie w tych samych ławkach.

Tartu!

Valga. Miasto na granicy estońsko-łotewskiej, gdzie obecnie jedzie się na stronę łotewską kupować tani alkohol na potęgę. Dzisiaj odpicowano im centrum miasteczka i można pospacerować gdzieś więcej niż tylko na dworzec kolejowy. 

I wreszcie Tallinn. Przez dwa "nn" wiernie trzymając się estońskiej, oryginalnej formy. Ten to już wygląda (i kosztuje) miejscami bardziej jak południowa dzielnica Helsinek - na dawnych portowych nadbrzeżach rosną jak grzyby po deszczu kolejne szklane, nordyckie biurowce, apartamentowce i inne wielkie bydła. W towarzystwie średniowiecznej starówki nieopodal wygląda to jak spotkanie starego i nowego, wczoraj i dzisiaj. Chociaż wielu może burzyć ta nowa architektura w mieście niemal gdzie popadnie, ale ciągle wydaje się, że Estończycy mają więcej smaku i gustu przy planowaniu urbanistycznym, niż bywa to w przypadku wielu polskich miast. 

Cerkiew Aleksandra Newskiego na Toompea
Kadriorg jesienią
Jest jeszcze jedna rzecz, która pozostała niezmienna i niech jak najdłużej tak będzie. To przyroda. Nie stawiałem na ambitny plan zdobycia odległych miejsc położonych z dala od cywilizacji. Zresztą o to nietrudno w Estonii. Wystarczy przejechać się autobusem poza jakiekolwiek miasta i od razu jesteśmy w lesie. Czy to brzozowym z domieszką dębu, czy w sosnowym nadmorskim lub sosnowo-świerkowym bagiennym. Nic nie zmieniło. Nadal spaceruje się gdzieniegdzie drewnianymi ścieżkami, słucha szumu drzew, wypatruje borówek i innych leśnych jagód (druga połowa września to całkiem dobry czas na niektóre gatunki). Jak jeszcze dorzucę do tego absolutny relaks w samotności na szczycie wieży widokowej z pejzażem na mokradła, to więcej nie trzeba do szczęście. Po takiej chwili po prostu wiesz, że "zaliczyłeś Estonię" i cokolwiek dalej Cię spotka to będzie tylko dodatkiem do szczęścia, które masz.

Klify w Kakumäe, w Tallinnie

Relaks w Parika
Spacerowanie w Pääsküla

Biorę kolejny łyczek Vana Tallinn i zastanawiam się, co to ze mną się podziało. Jeszcze kilka lat temu miłośnik języka rosyjskiego, podróżnik po Białorusi, namiętny fanatyk rosyjskojęzycznego świata muzyki. A dzisiaj to wszystko skręciło z kierunku "wschodniego" na "północny". Tajga, chłodny klimat, mała gęstość zaludnienia, spokojne i zdystansowane (acz pogodne) narodowości. Czasami jeszcze wyróżniam na swoje potrzeby kierunek "północno-wschodni" i to jest najlepszy opis dla państw bałtyckich, a zwłaszcza Estonii. I tak chciałbym ją w najbliższych tekstach przedstawić. Jako mały, milionowy kraik w rogu Europy, gdzie ludzie wierzą w moc drzew, piją lurowatą kawę, milczą w autobusach i przy najmniejszej niezręcznej sytuacji zawstydzają się po stokroć. Po raz drugi sięgnę po ten temat, trochę inaczej, ale nadal z miłością do tej kultury. Tak bliskiej (geograficznie), a tak innej.

Jeśli chcesz poczytać, co do tej pory napisałem o Estonii to wejdź na zakładkę o TUTAJ.

Późny wieczór w Viljandi

Komentarze

  1. Długa i interesująca relacja. W dodatku bardzo ciekawe zdjęcia. Gratulujemy i pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz