Jezioro Pejpus - wzdłuż klifów w Kallaste


W Kallaste byłem już wcześniej. Zarówno latem - doświadczając estońskiego upału w lokalnym busie, jak i zimą - obserwując zamarzniętą taflę wielkiej wody. Bo to za wodą się jedzie do Kallaste, aby zobaczyć morze, które jest jeziorem. Dla człowieka z gór naturalne, ogromne zbiorniki wodne zawsze będą jakieś egzotyczne, bo taki Dunajec czy Kamienicę to się przejdzie w bród (Dunajec może trudniej), a zaś jeziora Pejpus nie ogarniesz nawet jednym spojrzeniem.


Jezioro Pejpus

W najszerszym miejscu liczy sobie 50 kilometrów, południkowo liczy zaś sobie maksymalnie 140 kilometrów. Położone jest na granicy estońsko-rosyjskiej i co ciekawe, nosi dwie różne nazwy. Estończycy nazywają jezioro podobnie, jak my - Peipsi järv, zaś Rosjanie - Чудское озеро (Ciudskoje oziera). Pejpus jest piątym największym jeziorem w Europie (po Ładodze, Onedze w Rosji, Wenerze w Szwecji i Saimaa w Finlandii) o powierzchni łącznej 3650 km2. Żeby bardziej zobrazować - ma powierzchnię niewiele większą od łącznej powierzchni powiatów nowosądeckiego, limanowskiego i gorlickiego. Tak więc, nic dodać, nic ująć - wielka woda.


Dlaczego do Kallaste?

A dlaczego nie? Przekornie. Ta niewielka mieścina, która dzisiaj liczy sobie ledwie siedmiuset mieszkańców nie ma wiele do zaoferowania (30 lat temu mieszkańców było dwukrotnie więcej), ale za to na jej terenie znajduje się ponad kilometrowy klif nad jeziorem. Dla geologów i wszelakich miłośników nie lada atrakcja! Dla leniwych jest piaszczysta plaża, której nawet pewno w ciepłe dni daleko do przyjmowania dzików tłumów. I ostatni powód "dlaczego" - bo względnie blisko (50 km) znajduje się od Tartu i jest dobrze połączone (czyt. kursuje kilka autobusów dziennie).

Przystanek dworcowy przy ulicy Wiosennej. Żartownisie. Był wrzesień, a światełka świąteczne i renifery niezdjęte.

Klify

Dobrze jest pojechać do Kallaste z kimś, kto będzie podzielał radość z oglądania kilku- czy kilkunastometrowych ścian dewońskiego piaskowca nad brzegiem jednego z największych jezior kontynentu. Towarzyszył mi kolega z czasów wolontariackich, geograf. (PS. zawsze najlepiej się podróżuje z jakimś geo-szaleńcem:-)) Ścieżka jest doskonale opisana, są tablice informacyjne w trzech językach, gdzieniegdzie są schodki, nie da się tam pogubić. Pomimo tego, że nie są to może mocarskie i monumentalne klify jak w Dover, w Wielkiej Brytanii, to jest się czym zachwycać. Obserwujemy "zakonserwowane" osady dawnej delty rzecznej sprzed 420-360 milionów lat, w której pływały sobie różne ryby bezszczękowe i wiele innych piękności. Dzisiaj w owych piaskowcach geolodzy znajdują łuski tych ryb. Tak więc niby przeciętne nadjeziorne klify, a przyczyniają się do głębszego poznania historii tych terenów.


Co jeszcze robić w Kallaste?

  • koniecznie wybierz się na wieżę widokową niedaleko mariny, może z jej szczytu dostrzeżesz drugi brzeg jeziora po stronie rosyjskiej,

pod wieżą ekipa "ławeczkowa" z napojami:-)

  • przespaceruj się (bo spacery to coś całkowicie naturalnego w Estonii) po miasteczku, zaglądnij ludziom do okien, szukaj śladów minionej epoki komunizmu w postaci chociażby "chruszczowek",

  • poszukaj miejsca na kawę (z kolegą mieliśmy wyzwanie!), w sezonie być może otwarte jest coś więcej, ale wrzesień to już tylko miesiąc, kiedy każdy zbiera opał na zimę; nam się udało nadwyrężyć gościnność pani Ani w lokalnej agroturystyce (Anne Külalistemaja) i pomimo dnia z nieczynnym biznesem opchnęła nam za 3,40 euro kawę z ekspresu na wynos (a niech ma!),
  • idź na cmentarz - to nie jest głupia polecajka w związku ze zbliżającym się 1. listopada, tylko idź i zobacz jak dzisiaj wygląda cmentarz starowierców (Kallaste jest jedną z kilkunastu zamieszkanych do dzisiaj miejscowości, gdzie większość stanowią starowiercy - wyznawcy prawosławia w jego dawnej, tradycyjnej ruskiej formie sprzed reform XVII-wiecznych. W związku z tym w Kallaste większość lokalnych mieszkańców jest rosyjskojęzyczna i w przeciwieństwie do Rosjan, którzy przybywali masowo do Estonii w czasach ZSRR, ci z Kallaste mieszkają tam od wieków).

"Nad Pejpusem woda pachnie inaczej. Nadal sporo wieje, ale nie jest to typowa bryza morska. Na horyzoncie nie widać statków transportowych, jak to jest chociażby w Tallinnie. W marinie ledwie kilka kutrów rybackich świadczących o tym, że lokalny biznes nadal jakoś zipie. No i ta pustka - ta ogromna, samotna przestrzeń, z tym każdemu będzie się kojarzyć Pejpus. I nie mówię tutaj o jakiejś dekadenckiej smucie, ale o tym, że człowiek łączy się z danym miejscem, zwalnia tempo i po prostu chłonie. Dopiero wtedy, w tym stanie zadumania, zauważysz, że woda pachnie inaczej."


Kallaste już kiedyś pojawiło się na łamach bloga. Poszukaj kilku słów o tej miejscowości w zimowym wydaniu TUTAJ.

Komentarze

  1. Fajnie, że mogę sobie poczytać o Estonii - rozważam spędzenie tam wakacji w 2020. 6 lat temu byłam na Łotwie - wróciliśmy zachwyceni :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za taką relacje od serca. Dawno już się zastanawiam jak to możliwe, że Estonia nie robi z tego wielkiego jeziora sporej atrakcji i że infrastruktura jest tak mizerna... Zresztą po rosyjskiej stronie jest niewiele lepiej - co jest nie tak z tą "wielką wodą"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest to prawda - zastanawiające, dlaczego tak długi brzeg jeziora po stronie estońskiej jest tak słabo zagospodarowany turystycznie. Może po prostu to nie jest klimat wypoczynku - Estończyk lubi iść na bagna, mokradła, na wyspy pojechać, a kierunek wschodni jednak nie kojarzy im się najlepiej :)

      Usuń
    2. Cudowne widoki - to fakt :) mi się to miejsce będzie kojarzyć trochę przewrotnie, ale z masą latających owadów, które co chwilę próbowały mi odebrać radość z przebywania tam. Ale nie odebrały ;)

      Usuń
    3. No komarów i różnych innych latających stworzeń tam nie brakuje, to prawda :)

      Usuń

Publikowanie komentarza

Mapa wpisów