Na ścieżkach ku Babiej Górze - zimowa łazęga


Pięć osób. Nikt z nas nie był tam wcześniej. Tylko ja pamiętałem, jak przez mgłę, wyjście na Babią sprzed ponad dekady. Takim sposobem niczym Drużyna Pierścienia lub wybrakowana o jedną osobę ekipa z "Przyjaciół" wybraliśmy się w połowie grudnia na Babią Górę, tę Małą i tę Dużą. Ubierzcie wygodne buty trekingowe, mapy (te drukowane) w dłonie, wałówka do plecaka i idziemy!

Wyjazd był zaplanowany na dwa dni. Pierwszego mieliśmy przede wszystkim dojechać do Zawoi Markowej, rozprostować kości, wyjść na Małą Babią Górę i uskutecznić wszelakie formy relaksu w schronisku na Markowych Szczawinach. Drugiego zaś o poranku planowaliśmy wystartować na Perć Akademików (była wtedy oficjalnie otwarta jeszcze), zdobyć szczyt Królowej Beskidów, zejść wzdłuż grzbietu, wrócić przez schronisko do samochodu i wyruszyć w drogą powrotną. 

Dzień 1.
Pierwszego dnia aura była bardziej wiosenna niż zimowa. Temperatura na plusie (jak się okazuje prawie cały grudzień 2019 jest taki), ale nadal mamy nadzieję na śnieg, mróz, zimę. Wysiadamy w Zawoi i rześkie, bliskie zera powietrze dodaje otuchy oraz "rozgrzewa" nasze młode serca do wędrówki. Ruszamy z Markowych do Czatoży, aby potem doliną Czatożonki zacząć pierwsze podejście na Tabakowe Siodło. 


Z każdym metrem śniegu powolutku przybywa. Na podejściu łapiemy niewielką zadyszkę i wycieramy swoje, jeszcze nie siódme, poty. W tyle odsłania się nasz pierwszy cel - Mała Babia Góra.


Czas, wydawało się, że działał na naszą niekorzyść, bo jaki górołaz wychodzi w krótki zimowy dzień na szlak w wyższe partie Beskidów dopiero o 11:30. A jednak pogoda chciała się nad nami zmiłować i przecierała niebo coraz mocniej.


Na Tabakowym Siodle zrobiliśmy popas. Przepis na smaczną przerwę w górach? Jeden niech weźmie termos z herbatą, ktoś inny bułki i kabanosy, kolejny zaś pomidorki i ser pleśniowy (fju, fju pewno myślicie, ale w niskich temperaturach nie zamarza, a daje kalorie i energię!).


Od Tabakowego Siodła na Babią Górę jest dość blisko, jeśli policzymy to w kilometrach. Jednak na krótkim odcinku trzeba pokonać jeszcze pół kilometra do góry. Nie ma co liczyć na płaskie odcinki, zwłaszcza za Żywieckimi Rozstajami.


Coraz ciemniej. Coraz mgliściej. Drzewa regla górnego były już przyprószone i zmrożone od długotrwałego mrozu. Wędrowało się nadal lasem, więc o wietrze hulającym na szczycie jeszcze nam się nie chciało myśleć.


"Popatrz tam. Na te ucięte konary. Jak w jakiejś obcej krainie, nad Bajkałem, czy gdzieś indziej na Syberii" - przywołał jeden z kolegów swoje skojarzenia na głos.


Wiatr zaczynał się zrywać coraz mocniej, tak jak prognozowano. Kosodrzewina skutecznie chroniła, jednak przy większych powiewach kawałki lodu i krupy lodowej uderzały nas w twarz. To był znak, że szczyt już całkiem blisko.


To zdjęcie powstało cudem. Wiatr na przewiązce pomiędzy kępami kosodrzewiny wiał tak silnie, że człowiek nie mógł ustać w miejscu. Panował już solidny mróz, który w połączeniu z wiatrem, dawał poczucie kilkunastu stopni poniżej zera. Zdjęcie tabliczki szczytowej zrobiłem przy miotającym mną wietrze.


Wędrówka w dół do schroniska nie okazała się taka lekka i przyjemna. Nie sam wiatr dokuczał, ale również oblodzenie i wyślizganie szlaku z przełęczy Brona do Markowych Szczawin. Dlatego ten kawałek w sporej części zjechaliśmy na... pupach. Ewentualnie metodą "na Zygmunta", czyli na kucaka z wyciągniętą jedną nogą do przodu, która nawigowała zjazdem i stabilizowała ciało podczas zjazdu. :)


Widok schroniska i perspektywa rychłego ciepłego posiłku, jak i również ciepłego prysznica były przyjemną nagrodą podczas pierwszego dnia.

Dzień 2.
Drugi dzień wyprawy nie zapowiadał się bynajmniej łatwiejszy. Czekała na nas ona, Babia Góra. Ale najpierw pyszne śniadanie w wersji "zjedz teraz wszystko, bo potem nie będzie jak". Poranna kawa w blaszanym kubeczku przypomina dzieciństwo u babci, która na kuchence gazowej podgrzewała dla "małego Kubusia" w tej sposób wodę na herbatę czy mleko.

A w tle leciała dla klimatu Maryśka Karej.

Najpierw szlak niewinnie wiedzie przez las, gdzie co chwilka pojawia się między drzewami Babia w tle. Aż do skrętu w Perć Akademików, kiedy to szlak wiedzie skalnymi schodami ostro pod górę. Regiel górny ustępuje stopniowa miejsca pasmu kosodrzewiny.


Na zdjęciu powyżej można się przyjrzeć nie tyle widokom, co temu, że spotkała nas na szlaku zamieć śnieżna z prawdziwego zdarzenia. Wiatr wiał dla nas niekorzystnie, co utrudniało dalszą wspinaczkę. Biednemu zawsze wiatr w oczy - tutaj w moim przypadku to było nader wymowne. :) Jednak Perć Akademików jest szlakiem jednokierunkowym, więc o odwrocie mowy być nie mogło.


Czasami był problem, gdzie patrzeć. Pod nogi czy za siebie, na piękne pejzaże Beskidu Żywieckiego.


Wychodzenie latem po łańcuchach w niczym nie równa się wychodzeniu po nich zimą. Są one wtedy śliskie, oblodzone i nie zawsze pomocne, kiedy trzeba. Przepaść za plecami nie dodawała otuchy we wspinaczce, gdzie jeden fałszywy krok i mogło by kogoś nie być z powrotem w domu na obiad. Zimą Perć jest oblodzona i wyślizgana. W niektórych fragmentach trzeba przytulać się skał, wyginać śmiało ciało oraz zachować zimną krew. Jeśli nie czujesz się na siłach albo nie idziesz z doświadczonymi górskimi łazęgami to wybierz prostszy (choć też niezbyt rekreacyjny) szlak przez przełęcz Brona.


Im bliżej szczytu tym wiatr stawał się huraganowy. Co kilka kroków przystawaliśmy, aby przytrzymać się gruntu, bo rzucało nas w każdą stronę. Czuliśmy się (przynajmniej ja) jak bohaterowie tych oklepanych amerykańskich filmów, gdzie bohaterowie walczą z żywiołem, aby zdobyć jakiś szczyt, wygrać, uratować kogoś.


Aż się wreszcie udało! Ciepły uścisk "na misia" od współkompanów, szybka herbatka, prędkie zdjęcie zza murku na "pi razy oko" widok bez zwracania uwagi na to, czy zdjęcie wyjdzie, czy nie. Niczym w Himalajach - 5 minut na fajrant i trzeba iść w dół, bo dłużej nie da się wytrzymać. Razem z nami było parunastu śmiałków. Wszystkimi wiatr miotał, jak zechciał. Nie chciałem być w skórze dwóch delikwentów, którzy wyszli w tych warunkach ubrani w dżinsy i spodnie dresowe.


O! A tam widzimy Małą Babią Górę. Fajnie zobaczyć w pełniejszym obrazie, gdzie się było dzień wcześniej. I faktycznie Mała wydaje się dość mała przy tej Dużej.


Zmierzaliśmy wzdłuż grani w dół. Tutaj nie było czasu na rozmowy. Opierając się podmuchom liczyliśmy każdy metr, który robiliśmy idąc w dół.


Aż wreszcie przy kosodrzewinie można było na chwilę przystanąć, zrobić stabilniejsze zdjęcia i przyznać, że faktycznie widoki są super! 

Szlak potem schodził stopniowo coraz niżej. Przy okazji odkryliśmy, że jeden ze szlaków już wiodących w lesie nazywa się Percią Przyrodników. Wiedzie on kamiennymi schodami stromo na dół. Aż wreszcie ostatnia prosta niebieskim szlakiem do schroniska, grzane piwo w nagrodę i uciekliśmy zielonym szlakiem prościutko na parking w Zawoi Markowej. 

Jeszcze nim wyruszyliśmy w drogę powrotną odczuliśmy to, co jest najlepsze w takich wyprawach. Że przez dwa dni przeżyło się tyle emocji i wrażeń, jak czasem przez miesiąc nie bywa. "O, my z powrotem w tym samym miejscu, a przecież jakbym była tutaj chwilę temu" - zauważyła jedna z przedstawicielek płci pięknej naszej ekipy. Takie są te góry - załamujące poczucie czasu, ale też załamujące człowieka w jego wnętrzu. I takiego "łamania siebie" życzyłbym nie tylko sobie, ale każdemu z was.

Trasa na 2 dni miała długość łącznie ponad 25 km. Źródło: mapa-turystyczna.pl

W ramach epilogu 10 sekund prawdziwych wrażeń przy wychodzeniu Percią Akademików na szczyt Babiej Góry.

Jeśli zimowa Babia Góra Cię przestraszyła to zobacz, jak latem wygląda Perć Akademików. Praktyczny i profesjonalny tekst stworzyła Ola Gajewska na swoim blogu TraveloveLove

Jeśli mało Ci zimy to zajrzyj do relacji z łazęgi na rakietach śnieżnych po zimowym Beskidzie Sądeckim

Komentarze

  1. Super sprawa taka przygoda - też planujemy ale jednak nie o tej porze roku... obawiamy się, że jednak nie poradzimy sobie :D sprawdzimy swoje siły jak się zrobi trochę bezpieczniej :) ale fotki i widoki piękne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zimą może warto jednak tam się nie wybierać po raz pierwszy :)
      Latem jest zdecydowanie przyjemnie i przystępniej!
      Dzięki za miłe słowa, Ziomeczki!

      Usuń

Prześlij komentarz

Mapa wpisów