Czasem słońce, czasem deszcz - wędrowanie grzbietem Pasma Radziejowej


Jak każdy pomysł na wyjazd, tak i ten również wziął się podczas rozmowy z dobrym człowiekiem. Tym razem geneza sięga końcówki sierpnia i wizyty w Katowicach. Pijąc herbatkę na ostatnim piętrze śląskiego wieżowca gawędziłem z O. o tym, że potrzebuję odpocząć, ale nie znowu na dzień czy dwa, czy weekend, ale takiego urlopu (jakkolwiek można będąc na freelancerskiej działalności zaplanować sobie urlop) na chociażby tydzień. Wizja wyjazdu do Estonii we wrześniu oddalała się bezlitośnie. 

Wtedy padło hasło:
- A może by tak w góry? 
- No tak. Co mnie trzyma? Tak samemu pójść w góry, na więcej niż dzień, żeby zejść trochę więcej i przenocować gdzieś w sercu Beskidu. 

Kolejne kostki domina poleciały. Tydzień wolnego się zaplanował, rozeznanie w obecnych covidowych cenach w schroniskach również zostało zrobione. Wybór padł na pasmo Radziejowej - lewą połówkę Beskidu Sądeckiego. Start z Krościenka, nocleg na Przehybie, zejście... to się jeszcze okaże. 


Pogoda okazała się bardzo psotna. Niedzielny front atmosferyczny postanowił zagościć się w Małopolsce aż do poniedziałku, kiedy miałem ruszać. Dokładniejsze modele pokazywały, że deszcz przestanie padać o 8 rano. Przyjechałem do Krościenka n/Dunajcem około 9. Zrobiłem rundkę dookoła w poszukiwaniu jakiejś suchej ostoi z ciepłą kawą i ciastkiem. Trafiło na piekarenkę na Rynku. Wypiłem dawkę kofeiny i akurat przestało padać... ale tylko na 20 minut, bo potem deszcz już nie przestawał padać aż do późnego popołudnia. 


Ale co tu narzekać na pogodę! Przyznam, że taki ze mnie włóczykij marny, że to było dopiero moje pierwsze samotne przejście w górach trwające więcej niż 1 dzień. Tak. Dobrze czytasz te słowa. Zatem ekscytacja, adrenalina, poczucie robienia czegoś nowego towarzyszyły mi cały czas. Tak jak i owy deszcz.

Ruszyłem czerwonym szlakiem z Krościenka w stronę Dzwonkówki. Szedłem trasą Głównego Szlaku Beskidzkiego, ale z tego tytułu tamtego dnia tłumów na drodze nie spotkałem. Najbardziej towarzyszyły mi leśne kapliczki: skrzynkowe na drzewach, metalowe przydrożne, małe murowane. Przyznam, że dodawało to otuchy, zwłaszcza gdy z każdym metrem pod górę mgła gęstniała, las się robił coraz ciemniejszy, a myśli odlatywały od tych bardziej ziemskich, codziennych.


Kojarzycie to uczucie, gdy się idzie w środku chmury, wilgotność sięga 100% i nie wiecie, czy na Waszej skórze to już pot, czy jeszcze woda z nieba? Takie myśli będą Wam towarzyszyć w trakcie "mokrych wędrówek". A najlepszych tematem do zdjęć pozostaną niezawodne znaki szlaków turystycznych. Na fragmencie z Krościenka do Przehyby czerwony GSB jest oznakowany znakomicie i nie powinniście się zgubić w żadnych miejscu.


Połowa droga pierwszego dnia minęła w okolicach Przysłopu - górskiego przysiółka na pograniczu Obidzy i Szczawnicy. Kilka domów, drewniana kaplica i pomnik partyzantów z czasów II wojny światowej, którzy dzielnie stawiali opór okupantowi. Przysłop pamięta również kilka hitlerowskich obław na partyzantów, które kończyły się dla "naszych" tragicznie.

Nad Przysłopem góruje niewielkie wzniesienie o pięknej nazwie Kuba. To na stokach Kuby Kuba spotkał stado owiec z juhasem i psem, którzy zażarcie pilnował swojej grupy podopiecznych. Tak zażarcie, że musiał mnie porządnie obszczekać, nim odszedłem.

Dalsza część drogi prezentowała się przeciekawie. Od Przysłopu do Przehyby czerwony szlak wiedzie środkiem lasu. Przez 4 kilometry trzeba się tylko piąć pod górę, nie oczekiwać widokowych polan i innych charakterystycznych punktów na trasie. Do najbliższych przysiółków i ludzkich osad dalekie kilometry. Sam spacer również na niezłej wysokości się odbywa, bo w większości na 1000-1150 metrów, co na warunki beskidzkie jest już konkretną wartością. Na takiej wysokości zmieni się nam również otoczenie - zamiast romantycznej bukowo-jodłowej puszczy będzie regiel górny z dominacją świerka. Taka tajga. 


Łazęga po takim świecie przypomina klimat dobrego horroru. W odsiecz przyszło dwóch innych piechurów (a łącznie tamtego dnia spotkałem ich siedmioro!), którzy zmierzali w tą samą stronę. Trzymaliśmy się z odległości, ale widząc siebie nawzajem.

Poza atmosferą grozy była też atmosfera... Estonii. Nic zaskakującego dla Czytelnika, ale dla człowieka stęsknionego widok wysokich świerków, uczucie chłodu (było z +8), pola borówkowe na całej długości i świadomość bycia daleko od "świata" tworzą klimat północnych rejonów naszego kontynentu. Wiedząc, że do schroniska coraz bliżej i nie muszę się spieszyć, bo mniej mokry już nie będę, przystawałem co chwilę rozglądając się po okolicy. Zmysły działały doskonale. 


I pojawił się znak, co obwieszczał, że do końca wędrówki pierwszego dnia już całkiem niedaleko. Podsumowując: z Krościenka przez Dzwonków na Przehybę jest 12,5 kilometra, które wg znaków i map można przejść w około 4 godziny 30 minut. Mnie chyba coś pogoniło, bo zrobiłem dystans w 3 godziny i 20 minut. Aż dziwne uczucie być u celu o 13:00 i wiedzieć, że do końca dnia ma się fajrant. Nie, nie dziwne, wspaniałe!

Tylko wtedy ten widok z Przehyby jeszcze nie rozpieszczał. Spójrzcie:


W schronisku nocowała ledwie garstka osób. Co się dziwić - nie dość, że poniedziałek to jeszcze z taką aurą. Niemniej nawiązały się spontaniczne rozmowy z innych piechurami, w większości były to osoby idące GSB. Podczas leniwego popołudnia w przehybowej jadalni towarzyszyli mi żurek, książka i piwo. Stworzyliśmy zgrany kwartet.


Wieczorem coś się zaczęło dziać na niebie. 
- Przeciero sie. Jutro bedzie stolnica, a na razie to kaplica - mówiłem do siebie.


Postanowiłem z rana wstać na wschód słońca. Zjawiskowy taniec światła zaczął się kilka minut przed szóstką. Wylazłem przed budynek i z różnych stron polany obserwowałem, co się dzieje na niebie i jak to się odbija w otaczającej przyrodzie. Takim momentom towarzyszy zazwyczaj człowiekowi wiele niecenzuralnych lub przynajmniej niezbyt przyzwoitych zwrotów, zatem co wtedy mówiłem do siebie to sami możecie się domyślać po obejrzeniu zdjęć.


Wschód słońca przy +3 stopniach, porannej szadzi i szronie. To zwiastowało nie tylko nadchodzącą jesień, ale przede wszystkim śniadanie, na które zasłużyłem.


Potem życie potoczyło się normalnym trybem, znaczy się górskim. Pakowanie, wymeldowanie z przybytku, "pa-pa" Przehybie i ruszenie dalej czerwonym szlakiem na Radziejową. Warunki były lampa. Słońce, kilka chmurek, ciepło dostatecznie (ale nie za bardzo) i widoczki, widoczki, widoczki. Chciało się tylko robić zdjęcia, ale starałem się nie przesadzać. W góry się idzie dla wrażeń, tego odcięcia, zmiany perspektywy, dla zakrzywienia czasoprzestrzeni. 


Odcinek szlaku między Przehybą a Radziejową jest ostatnimi laty bardzo widokowy. A to pozytywny efekt huraganowych wiatrów (albo halnego), które lubią dąć w tutejszych górach. Świerki na wysokości 1200 m n.p.m. nie trzymają się zbyt solidnie górskiego podłoża i są chybotliwe. Zatem wystarczy jeden epizod, by pozamiatać sprawę i odsłonić pejzaże.

Na Radziejowej (1262 m n.p.m.), królowej Beskidu Sądeckiego, można już wchodzić na nową wieżę widokową. Jest ona grzecznie wkomponowana w las i wyciąga nos zaraz ponad górną granicą drzew. 

Co jeszcze nas zauroczy w pierwszej dekadzie września w tych okolicach? Oznaki babiego lata, czyli pajęczyny na runie leśnym z poranną rosą. 


Z Radziejowej to wędrówka idzie już z górki. Dosłownie i metaforycznie. Doszedłem na Wielki Rogacz (gdzie ktoś wtedy potrafił wjechać małym Fiatem Pandą, naprawdę, na 1182 metry ktoś wjechał samochodem osobowym i nie wyglądało to na straż leśną). Dalej zmieniłem kolor szlaku na niebieski dochodząc do przełęczy Gromadzkiej i Obidzy (tej nad Piwniczną, nie mylić z dużą wsią w gminie Łącko). Następnie po asfaltowo-betonowej nawierzchni czekał mnie szybki spacer w dół przez Suchą Dolinę i Kosarzyska do Piwnicznej. Chociaż są inne trasy bardziej wędrówkowe to ta akurat lubi mi przypadać do gustu. Możliwe dlatego, że Kosarzyska to fajne miejsce - wciśnięte w dolinę Czercza, z masą starych, małych domów i z GS-em w centrum, pod którym zawsze ktoś musi siedzieć.


Ano, jak o GS-e w centrum mowa to zdarzył mi się uroczy dialog. Szedłem grzecznie chodnikiem. Po drugiej stronie trójka panów na ławce pod sklepem zdająca nie pałać się żadną ważną pracą w tamtym momencie.
- Szczęść Boże - mówi jeden.
- A szczęść Boże.
- A z daleka idzie?
- Z Przehyby.
- A to kawał drogi, panie.

Pogadali i poszli. Taki kawał to aż nie był. Drugiego dnia pokonałem niespełna 20 kilometrów, co dopełnia całość trasy do trzech dyszek. Inteligentne (internetowe) mapy wyliczyły mi dwudniowy marsz łącznie na 31,1 kilometra. Chociaż na upartego człowiek by to przeszedł w jeden dzień, to idąc pasmem Radziejowej nie można nie rozdzielić jego na dwie części i kosztować piękna natury dłużej.


Przez te dwa dni znowu się to stało. Straciłem poczucie czasu i miejsca. Bardzo lubię ten stan, gdy po górskiej wędrówce czuję, że jakby minął tydzień, a to były zaledwie dwa dni. Nigdy nie jest radośnie, kiedy trzeba schodzić z tych wysokości i kłaść się z powrotem w ciepłej pościeli, ale co się przeszło to nasze.

Zatem mogę dumnie ogłosić, że Samotny Trawers Pasmem Radziejowej 2020 ogłaszam za udany. Głowa na razie spuszcza ciśnienie po milionie wrażeń, ale powoli przyjdzie czas na planowanie następnych wypraw.



Komentarze

Publikowanie komentarza

Mapa wpisów