EDK - nocna wędrówka pogórzańskimi bezdrożami

Spacerowaliście kiedykolwiek przez całą noc robiąc przy tym kilkadziesiąt kilometrów i nie dając sobie żadnej przerwy poza tymi na niewielki posiłek i ciepłą herbatę? Na tym właśnie polega Ekstremalna Droga Krzyżowa, w skrócie nazywana przez wielu EDK. Jest to oddolna inicjatywa, do której zaprasza się wszystkich, którzy tylko są w stanie przejść około 40 kilometrów w nocy z piątku na sobotę przed Niedzielą Palmową (zazwyczaj w takim terminie się ona odbywa). Wszystko jest organizowane w dość nieformalnej atmosferze, nie wymaga się zapisów (choć organizatorzy zalecają, jednak mają one tylko wymiar statystyczny), nie wymaga się być wierzącym, nie trzeba świecić przykładem bogobojnego człowieka. Ba, nawet nie idzie się wtedy w grupie, a indywidualnie. Jakby nie patrzeć, można by sobie taki "spacerek" urządzić kiedy bądź i gdzie bądź, i w sumie też byłoby to jak EDK. Zatem czemu biorę w tym udział już kolejny raz z rzędu? Czytajcie tekst do końca.

Historia EDK

Pierwszy raz Ekstremalna Droga Krzyżowa odbyła się w 2009 roku. Powstała z inicjatywy ks. Jacka Stryczka (tak, tak, tego od Szlachetnej Paczki, którego nazwisko ostatnio raczej w innych, mniej radosnych kontekstach się stawia). Wówczas grupa młodych mężczyzn działająca przy duszpasterstwie w kościele św. Józefa na krakowskim Podgórzu przeszła trasę z Krakowa do Kalwarii Zebrzydowskiej. Jak się okazało, nocna wędrówka z zatrzymywaniem się na poszczególne stacje drogi krzyżowej, którymi są zazwyczaj wiejskie kościoły i przydrożne kapliczki, bardzo się przyjęła. W kolejnych latach pomysł nabierał tempa, chętnych było coraz więcej, zaczęto wymyślać nowe trasy i nie tylko do Kalwarii, ale także do Miechowa, Czernej, Myślenic itd. Potem w innych stronach Polski grupy świeckich i duchownych tworzyły analogiczne EDK u siebie. Obecnie w 2021 można było przebierać w kilkuset trasach w każdym województwie w Polsce. Idea takiej nocnej drogi krzyżowej przyjęła się także wśród Polonii zagranicą. EDK nawet robią w Estonii! (Pozdrowienia dla ks. Tomka)

Duchowość samej wędrówki także przez lata ulegała ewolucji. Niektórzy by stwierdzili, że nieco rozmyto chrześcijański i wielkopostny charakter na rzecz bardziej coachingowych i motywacyjnych rozważań. Zamiast rozważać Mękę Pana Jezusa, to całą drogę będziemy czytać o tym, by przekraczać swoje granice, wychodzić ze strefy komfortu, przechodzić przemianę wewnętrzną, a w 2021 natomiast motywem przewodnim było "stawanie się pięknymi ludźmi". Jednych, bardziej konserwatywnych uczestników może to razić. Innym, tym co niespecjalnie po drodze jest Kościół, akurat może przypasować i z ciekawości wezmą udział w takiej wyprawie. Zresztą w EDK można wybrać się bez rozważań przygotowanych przez organizatorów, można zabrać własne lub iść bez żadnych.  Ekstremalna Droga Krzyżowa ma w sobie coś z rytuału drogi, uniwersalnego przesłania dla wielu religii, gdzie udajemy się w długą wędrówką, która ma nas zmienić, z czegoś uleczyć, wpłynąć na nasze myślenie o danym problemie. Takie "wyjście na pustynię". Podczas drogi zaleca się milczenie oraz chodzenie samemu lub w niewielkich grupkach. W czasach pandemii brzmi to bardzo rozsądnie.

Start ze Skawiny

To który ja to już raz?

W tym roku wybrałem się na nocną wędrówkę po raz piąty. Pierwszy raz był najpewniej w 2015 roku - trasa Kraków-Czerna przez dolinki podkrakowskie. 40 kilometrów pełne ekscytacji i niepewności, jak to będzie i czy nie uśniemy po drodze. Daliśmy radę! O godzinie szóstej rano zameldowaliśmy się w Klasztorze Karmelitów Bosych. Drugi raz był najambitniejszy, przeszliśmy wówczas 57 kilometrów trasą z Krakowa do Kalwarii Zebrzydowskiej idąc wałami nad Wisłą, a potem Pogórzem przez takie miejscowości jak Brzeźnica i Marcyporęba. 12 godzin nieustannego wędrowania żwawym tempem dało popalić, ale ten wiosenny wschód słońca nad doliną Wisły pamięta się do dzisiaj. Trzeci raz, po rocznej przerwie, był już w sądeckich stronach. Dużo krótsza, ale bardziej górska traska 33 kilometrowa prowadziła z Nowego Sącza do Mszalnicy przez Librantową, Przekaźnik, Boguszową, potem przebijając się pod Rosochatką (dygresja: góra należy do Beskidu Niskiego i jest jednym z najbardziej na zachód wysuniętych części tej grupy górskiej) i przez Cieniawę do krzyża w Mszalnicy. Czwarty raz również przeszedłem tą samą trasą, ale tym razem samemu, bez ekipy ze studiów, z którą zazwyczaj się trzymałem. Piąty raz, znów po rocznej przerwie, był w 2021 roku i z powrotem z dawną ekipą. Trasa liczyła 42 kilometry i wiodła ze Skawiny do Wadowic. Jak było?

Po zejściu z wałów nad Wisłą zaczęło nieco prószyć

Szliśmy razem z M. Przewidywaliśmy, że dystans pokonamy w około 10 godzin. Zaczęliśmy paręnaście minut po 19, a do celu przybyliśmy kwadrans po piątej rano, kiedy już widniało. Trasa najpierw wiodła przez obrzeża Skawiny, następnie przez wioski położone w dolinie Wisły, aż wreszcie weszliśmy na wały, którymi szliśmy z małymi przerwami aż do Brzeźnicy. Tam trafiliśmy około północy i była to równa połowa trasy. Po dłuższym popasie, kiedy to uzupełniliśmy braki kaloryczne i rozgrzaliśmy się herbatą z termosa, ruszyliśmy dalej. Druga część była bardziej górska. Kulminacyjnym punktem była Trawna Góra. Potem jeszcze trzeba było szukać ścieżyn w lesie i doszło się do wsi Lgota, skąd już bardziej asfaltowo powoli się schodziło w dół do doliny Skawy. Ostatnie kilometry pokonywało się nudnym wałem rzecznym w stronę Wadowic. 

Coraz więcej śniegu
Pod kościołem w Marcyporębie się zaczęła największa śnieżyca

Nie wspomniałem o pogodzie, a ta była zaiście zróżnicowana. Mimo iż już raz w mojej historii EDK chodziło się w śnieżycy, albo po oblodzonej nawierzchni, lub przy parustopniowym mrozie, to jednak nigdy nie szedłem mając wszystkie te warunki na raz i w zdwojonej postaci! Początek trasy w Skawinie nie zwiastował tego, co będzie potem. Najpierw było bezchmurnie, śliczny półksiężyc na niebie i gwiazdy jak na wyciągnięcie ręki. Następnie powoli zaczęło się chmurzyć. Już w Brzeźnicy nieco prószyło, jednak nie zapowiadało się wówczas na to, co nas później spotkało. Kulminacja ogromnej śnieżycy spotkała nas podczas wędrówki na Trawną Górę. W ciągu godziny przybyło z 10 centymetrów śniegu. Opady były tak intensywne, że większa widoczność była bez światła czołówek - w przeciwnym razie czołówki zamiast drogę oświetlały nam grube płatki śniegu opadające nam na ubrania i twarz. Cały marzec sobie mówiłem, że brakuje mi zimy - "no to masz, życzenie spełnione". 

Opady zyskiwały na intensywności...
Aż powróciły typowo zimowe warunki:)

Po co brać udział w EDK?

Dla tego zmęczenia ciała i ducha. Jest to nieco uzależniające - taki osobisty masochizm. Tęskni się co roku za tym uczuciem, gdy jest godzina druga czy trzecia i nie wiesz, czy to piątek, czy sobota. Gdy dochodzisz do celu i już robi się jasno, a Ty się pytasz, kiedy była noc, bo czujesz, jakby był nadal dzień poprzedni. Te zdymki na nogach, ból kolan, to spanie do popołudnia dnia kolejnego. Brzmi to irracjonalnie, ale kiedy spróbuje się raz, to potem chce się więcej. Myślę też, że wciąga w to też poczucie bycia w anonimowej wspólnocie "współchodzących" danej nocy. Nie rozmawia się z nimi, ale wszyscy się mijamy, wyprzedzamy, dajemy się wyprzedzać, widzimy się na stacjach. Podskórnie czujemy się jedną grupą składającą się z indywidualności. No i EDK przypomina jeszcze coś z klasycznego survivalu - trzeba mieć czołówkę, ubrania na zapas w plecaku, wałówkę na drogę, gorącą herbatę w termosie, musimy być także w dobrej kondycji fizycznej, zatem dobrze jest kilka tygodni wcześniej praktykować dłuższe spacery, aby przyzwyczaić nogi do wysiłku, jaki będzie nas czekał. Osobiście też cenię sobie Ekstremalną Drogę Krzyżową za różnorodność wymyślonych tras, które prowadzą mało oklepanymi miejscami, czasami wręcz bezdrożami, gdzie trzeba świetnie orientować się w terenie. To nie jest klasyczny spacer na Turbacz w sezonie, a nocne przejście po "czarnych dziurach". 

Witanowice o godzinie 4 rano. Czy to marzec, czy to styczeń?

Nie ważne, czy podejdziemy do EDK z religijną estymą czy potraktujemy to jako świecki spacer z motywacyjną gadką w tle. Jest to tak uniwersalna akcja, że warto polecić każdemu, kto tylko czuje się na siłach. 


Punkt końcowy był w bazylice w Wadowicach. Niestety pocałowaliśmy klamkę, ehm, albo ścianę ;)

Więcej o Ekstremalnej Drodze Krzyżowej poczytacie na ich stronie internetowej: TUTAJ
Plan tegorocznej trasy ze Skawiny do Wadowic zobaczycie TUTAJ. Wędrówkę odbyliśmy w nocy z 19. na 20. marca, zatem tydzień wcześniej niż większość pozostałych tras.

Twarz człowieka o godzinie drugiej w nocy

 

Komentarze

  1. Wspaniale, że podzieliłeś się tym doświadczeniem! I to jeszcze w takiej formie, że człowiek ma naprawdę ochotę doświadczyć tego totalnego zmęczenia! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję (:
      Pewna dobra duszyczka mi poleciła, by spisać relację na wirtualny papier i voila! Podziękował jej pięknie!

      Usuń

Publikowanie komentarza

Mapa wpisów