Pécs, czyli co wiosną mogą przynieść południowe Węgry

Pierwszy wieczór w mieście. Myślałem, że nic piękniejszego nie będzie po nim. A jednak...

Nie raz pierwszy cel kolejnej z moich podróży wybrał się sam. W Peczu (choć będę również stosował jego oryginalną, węgierską pisownię Pécs) mieszka mój stary znajomy z czasów estońskich, który kilka miesięcy temu zaprosił mnie w swoje południowo węgierskie progi. Skorzystałem z zaproszenia. A co! Dla odmiany od bałtyckich czy karpackich kierunków, pojadę tam, gdzie pewno normalnie bym nie planował. Termin zatem został uzgodniony. Bilety na autobus i pociąg - kupione. Wiosnę w wersji kwitnącej, majowej, z najpiękniejszym odcieniem zieleni w roku przyszło mi spędzić w regionie Baranya. 

Pécs

W Peczu mieszczka 150 tysięcy ludzi. Jest to piąte co do wielkości miasto Węgier. Znajduje się 250 kilometrów na południe od Budapesztu. Rzut kamieniem mamy stąd już do Chorwacji. Ta bliskość południa jest tutaj znamienna. Cały region Baranya, którego stolicą jest Pecz, to najbardziej śródziemnomorski kawałek Węgier.

Południowemu klimatowi sprzyja jeszcze jeden drobny detal. Pecz ulokowany jest na południowych stokach gór Mecsek - chociaż brak tutaj rzek (a kranówka się dociągana aż z Dunaju), to słońca zdecydowanie nie brakuje. Wjeżdżając do miasta od strony południowej, zobaczymy krajobraz czerwonych dachów przylepionych do zalesionych zboczy góry Tubes. Ktoś, kto lokował tutaj rzymską osadę Sopianae przed niespełna dwoma tysiącami lat, miał niezłego nosa. 

Położenie, ale i historia robią swoją robotę, jeśli chodzi o atrakcyjność Peczu. Zobaczymy tutaj ślady wczesnochrześcijańskiej zabudowy, zabytki z czasów panowania dynastii Arpadów, dowody na ponad stuletnią okupację osmańską, aż wreszcie westchniemy nad tym, jak to większość uliczek na starówce wygląda, jak w typowym mieście XIX-wiecznych Austro-Węgier. Smutne betonowe blokowiska nie będą nas tu straszyć zbytnio - one są ulokowane w nieco większej odległości od centrum. Chociaż w Peczu mówiąc o odległościach trzeba być ostrożnym - miasto jest tak kompaktowe, że spokojnie wszystko zobaczymy tutaj, chodząc na piechotę.

Plac Szechenyi z pocztówkowym widokiem na meczet, który obecnie jest kościołem katolickim

Do miasta przyjechałem dość tradycyjnym środkiem transportu. Najpierw FlixBusem do Budapesztu, gdzie potem przesiadłem się do węgierskich kolei. W nich oczywiście zdążyłem przeżyć opcję przesiadania się na "komunikację zastępczą", jak i znaczne opóźnienie połączone z częstym zatrzymywaniem się w pustym polu. A wszystko dlatego, że "tory były złe". Jednak jak już dotarłem do Peczu, to od razu zostałem zabrany na orientacyjny spacer po zabytkowym centrum miasta. 

Katedra śś. Piotra i Pawła. Taka niepozorna ;-)

Wzgórze katedralne to temat na osobną książkę. Nie tylko sama katedra wprowadzi nas w zachwyt, ale całe jej otoczenie. Świątynia w tym miejscu stała od wieków. Dzisiejszy wygląd zawdzięcza przebudowie w stylu neoromańskim. Nie zatrzymujmy się jednak tylko na oglądaniu tego, co na ziemi...

Nic jak zadzierać głowy do góry. Ornamentyka na poziomie przekraczającym wiele innych kościołów

W podziemiach wzgórza katedralnego znajduje się największy na świecie tak dobrze zachowany cmentarz z czasów wczesnochrześcijańskich. Z okresu IV-V wieku n.e. ostały się tutaj pod ziemią liczne kaplice grobowe i krypty. Wiele z nich było nietkniętych przez stulecia, dzięki czemu zobaczymy nawet oryginalne naścienne malowidła. Cały kompleks archeologiczny znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. 

Cella Septichora

Jeden ze "skromniejszych" grobów, który można oglądać

Wszystkie groby i krypty liczą sobie co najmniej 1600 lat

Niby Węgry, a takie Włochy

Nie tylko ścisłe centrum jest warte uwagi. W Peczu dobrze jest po prostu pójść na spacer gdziekolwiek. Nie będzie to lekki marsz, bo w mieście jest wszędzie pod górę. Jednak urok splątanych uliczek, zwłaszcza tych w kierunku kościoła św. Augustyna, zachwyci nas.

Jedna z wąskich przecznic w najstarszej części miasta. Kościół św. Augustyna w tle

"Nie wszystko centrum, co się świeci" - to nieskładnie przeze mnie zmienione powiedzenie ma Was naprowadzić do wschodniej części Peczu, gdzie znajduje się prawdziwa perełka. Cenicie porcelanę z Bolesławca? Dobrze. Ale zobaczcie zatem to, co robione było w fabryce porcelany Zsolnay, której tradycja sięga XIX wieku. Tutejsze wyroby nie są po prostu zwykłymi talerzami. Ściśle pilnowaną tajemnicą jest produkcja przedmiotów z intrygującym zielonkawym połyskiem, do którego uzyskania wykorzystuje się eozynę.

Kwartał fabryczny został przebudowany na kompleks muzealny w 2010 roku, kiedy Pecz był Europejską Stolicą Kultury

Zespół budynków zakładowych nie jest gigantyczny, ale to, co się kryje w środku...

Wystawa porcelany Zsolnaya zwala z nóg. Nie trzeba być ekspertem, by się tym zdumieć. Na zdjęciu widać produkty pokryte eozyną w specyficznych odcieniach zielonego, niebieskiego, żółtego...

Gdyby nam mało było procelany...

...to w jednej z hal urządzony centrum nauki z różnymi grami prezentującymi dane zjawiska fizyczne i chemiczne

Mieli rozmach. Trzeba to przyznać

Fabryka porcelany Zsolnay nosi nazwę od samego nazwiska Miklósa Zsolnaya - jej założyciela. Nieopodal zakładu na niewielkim wzgórzu wybudowano mauzoleum, w którym jest on pochowany. Dojdziemy do niego po kilkuset stopniach, a towarzyszyć nam będzie 21 par rzeźb lwów wykonanych z pirogranitu - drugiej popularnej techniki wyrobu porcelany, którą wynalazł sam założyciel fabryki!

Może wzorowali się na przepychu niektórych wczesnochrześcijańskich grobowców w podziemiach wzgórza katedralnego?

Sam Pecz to miasto, gdzie nie wystarczy jeden dzień, aby je dostatecznie poznać. Jest przytulne, a jednocześnie tak przesycone zabytkami, że nasze oczy będą w ciągłym ruchu. Miasto uniwersyteckie (choć informacje o rzekomym najstarszym węgierskim uniwersytecie tutaj są przesadzone), miasto industrialne (a to z powodu niegdysiejszych kopalni, na czele z kopalnią uranu) miasto kultury, niezniszczony pomnik historii i estetyczny majstersztyk. Przedsionek bałkańskiego południa i kraniec habsburskiego imperium. Czy to wszystko, co warto w całym regionie Baranya zobaczyć? Ależ skąd. Będąc zupełnie otwartym na wszystkie propozycje mojego znajomego, pojechaliśmy jednego dnia jeszcze bardziej na południe - do Siklósa.

Siklós

Jest to najbardziej na południe wysunięte miasto Węgier. Kilkutysięczne miasteczko znajduje się jakieś 30 kilometrów na południe od Pecza. W bliskim sąsiedztwie mamy tutaj kolejne góry (tak, okazuje się, że południe Węgier płaskie nie jest...) - Villány. Na ich południowych stokach uprawia się winogrona, a tutejsza flora w znacznej części reprezentuje klimat śródziemnomorski aniżeli umiarkowany. Sam Siklós natomiast mógłby być zwyczajnym habsburskim miasteczkiem leżącym na uboczu od głównych dróg, gdyby nie kilka atrakcji, dla których warto tu przyjechać.

Uliczka w centrum Siklósa, a dalej widoczna wieża serbskiej cerkwi prawosławnej św. Dymitra

Z uwagi na położenie Siklós jest miasteczkiem multinarodowym i multireligijnym. Zresztą i w Peczu to również odczujemy. Udział mniejszości narodowych jest znacznych. W Siklósu żyją obok siebie Węgrzy, Romowie, muzułmańscy Bośniacy, prawosławni Serbowie, katoliccy Chorwaci. W Peczu poza wyżej wymienionymi spotkamy także Niemców i... Rusinów. 

Na końcu widoczny o wulkanicznym kształcie jeden ze szczytów gór Villány

Nie czując presji czasu, ze współkompanem powoli eksplorowaliśmy kolejne zakątki Siklósa. 

Wnętrze cerkwi choć rewelacyjne, to jednak czuć, że wspólnota jest mała i biedna, bo świątynia wymaga remontu

Dotychczas w życiu byłem tylko jeden raz w czynnym meczecie. Było to w 2015 roku w Tiranie, w Albanii. Teraz mogę do tej listy dopisać także meczet w Siklósu. Powstała podczas osmańskiej okupacji świątynia do dzisiaj służy muzułmańskiej społeczności Bośniaków. Jak się okazuje, Turcy okupując w XVI-XVII wieku te tereny, nie przywozili swoich braci z Azji Mniejszej, ale pozwalali na znaczną imigrację muzułmańskich kolegów z południowych Bałkan, co miało powodować stopniową islamizację okolicy. 

Meczet zachował się bez minaretu, bo ten to nawet nie był imponujący. Zamiast 18-metrowego wybudowali jedynie 3,5-metrowy kikut

Wnętrze jest skromne. Za drobną opłatą można je zwiedzić, a muzułmanie regularnie przychodzą tutaj na modlitwę. Drewniane, ażurowe sklepienie, co ciekawe, ma wartość jedynie estetyczną - nie podpiera kopuły w żaden sposób

No i dosłownie największa atrakcja Siklósa, czyli olbrzymi zamek na wzgórzu, który widoczny jest nawet z kilkunastu kilometrów, jadąc do miasta. Warownia powstała w XIII wieku była sukcesywnie rozbudowywana. Wstępnie planowaliśmy jej zwiedzenie w jakąś godzinkę, ale już sama cena biletu powinna sugerować, że zwiedzania jest na co najmniej pół dnia. 

Pejzaż z jednej z sal wystawowych na Siklós

Z zamkowego balkonu widokowego zobaczymy dosłownie wszystko - równinę okalającą dolinę Drawy, jak i góry Villány

Gotycka kaplica zamkowa. Chociaż można byłoby ją spokojnie nazwać kościołem lub katedrą z uwagi na wielkość

O zamek w Siklósu walczyło wiele sił. Historię warowni zobaczymy na kilkunastu salach wystawowych. Izba tortur, piwnica z winami, wystawy strojów i wnętrz z konkretnych epok, ekspozycja dotycząca historii Chorwatów i Serbów na tych terenach, sale wystaw tymczasowych, gotycka kaplica zamkowa, balkon widokowy... A to tylko miejsca, które były dostępne teraz do zwiedzania, ponieważ jedno skrzydło zamkowe było w trakcie renowacji. 

Krajobrazy zwalają w nóg. No mnie zwaliły na pewno

Dachy Paryża Siklósa

Chociaż wiele zdjęć podczas całego wyjazdu nie robiłem, to na tym balkonie widokowym nie mogłem przestać

Zamek jako tako uchwycony prawie w całości na jednej fotografii

Musze przyznać, że to nie zamek, nie meczet, nie przytulna zabudowa sprowadziły nas do Siklósa. Powód był czysto hedonistyczny - wymoczyć się w węgierskich termach. Wybór był ogromny. Chociaż po sąsiedzku znajduje się dużo bardziej popularny kurort Harkány, to pojechaliśmy gdzieś, gdzie nie będzie trzeba obijać się o ludzi.

Baseny w Siklósu

Kilka akwenów z wodą o temperaturze 35 stopni. Sauna fińska, parowa, ruska bania (pomimo aktualnej sytuacji mocno oblegana;)), komora solna i parę innych... Trzy godziny to było mało.

Jak ja to niezbyt poprawnie określałem: "thermal pools for boiling people" ;-)

Jakab-hegy i Góry Mecsek

Wydawało się, że już wszystko widziałem. Piękny Pecz, uroczy Siklós, termy, a wszystko przedzielane przerwami na posiłki (ach ta pljeskawica!). Niestety, okazało się, że przedostatni dzień miał przynieść kolejną serię zachwytów. Wybraliśmy się w miejscowe góry Mecsek. To miał być kilkugodzinny spacer - ostrzejsze podejście, łagodniejsze zejście, jakieś punkty widokowe po drodze. Rzeczywistość jak zwykle zaskoczyła.

Początkowo szlak wiódł asfaltowymi dróżkami pomiędzy ogródkami działkowymi

Dojechaliśmy miejską komunikacją do wioski Zsebedomb. Stamtąd ruszyliśmy czerwonym szlakiem pod górę. Od razu muszę nadmienić jedno - w górach Mecsek szlaków jest od groma, jedne bardziej wydeptane, inne mniej. Co ważne, są one oznaczone nie tylko różnymi kolorami, ale też różnymi kształtami: niebieski trójkąt, zielony trójkąt, niebieski krzyżyk, czerwony pasek itd. Nie ma żadnych dostępnych map internetowych, które by jakoś nawigowały w tym gąszczu. Czeskie mapy pokazywały przynajmniej kolory ścieżek - tyle ułatwienia w trasie.

Jak w bajce. Tylko źdźbło w zęby i pilnować owiec

Za Zsebedomb trafiliśmy do kolejnej uroczej wioski rozlokowanej na przedgórzach Mecseku - do Cserkút. Przyjazne domki, pola, widoki na zielone wzgórza, a we wsi nawet kościół i to od razu z XIII wieku, zupełnie nienaruszony. Po miejscowości rozglądałem się, czy jest chociaż pół domku na sprzedaż - na spokojną emeryturę okolica jak znalazł!

Zabytki na każdym rogu

.

Za Cserkút było jeszcze Kővágószőlős i potem zaczęła się prawdziwa wspinaczka. W ciągu godziny nabraliśmy sporych wysokości. Aż wreszcie pojawiły się pierwsze wychodnie skalne - z półek skalnych można było oglądać pół świata.

Pierwszy widoki prezentowały się obiecująco. No dobra, były mega!

Karłowaty las dębowy na ciepłych południowych stokach

Aj!

Aż wreszcie okazało się najlepsze - że cała trasa naszej wycieczki wiedzie po skałach osadowych z dolnego triasu (najstarsza epoka mezozoiku). Dokładnie po piaskowcach i zlepieńcach. Nadal nie wiadomo, o co mi chodzi? Chodzi o geologię. Ten fragment gór Mecsek składa się z analogicznych warstw skalnych, które były przedmiotem mojej pracy magisterskiej sprzed lat. Ja badałem dokładnie te same skały... tylko w Tatrach. Wizyta w Mecsek była dla mnie niczym podróż w czasie! Jako człowiek sentymentalny wzruszyłem się. A pobieżnych badań skał nie omieszkałem przeprowadzić.

Dobrze, że kolega Węgier i też spec od geonauk - miałem żywe tłumaczenie:)

Osady piaskowców dolnego triasu

Wychodnie wystają jak takie ludzkie postaci z lasu

Fragment szlaku prowadził przez stary łom

Kiedy już osiągnąłem szczyty wszystkich szczytów, dotarliśmy na główny grzbiet górski. Zmieniła się zupełnie szata roślinna - z karłowatego, suchego lasu dębowego, wkroczyliśmy do dostojnej buczyny. W runie leśnym dominował czosnek niedźwiedzi, który aktualnie kwitnął (więc do zbierania był nie bardzo). Jaki był wówczas zapach w lesie, możecie tylko sobie wyobrazić.

Czosnek, czosnek, czosnek

Zsongor-kő - najwyższa półka skalna z widokiem w górach Mecsek. Jaki kraj, taki "język Trolla"

Jak na ślubnym kobiercu, tylko ten zapach

Jakab-hegy, czyli góra Jakuba skrywa jeszcze jeden skarb - ruiny średniowiecznego klasztoru paulinów. Dosłownie w środku dżungli. Ruiny zostały pieczołowicie odkopane i odnowione. Można sobie po nich pochodzić zupełnie za darmo. Jak się okazuje, przed mnichami w średniowieczu, już w starożytności istniała tutaj osada, wokół której wybudowany był wał ziemny o kilkumetrowej wysokości. Domyślacie się pewno puenty - oczywiście wał mający prawie dwa tysiące lat przetrwał do dzisiaj w całości. 

Wchodzimy do ruin

Musieli mieć tutaj dosłownie święty spokój

Zachowane do dzisiaj wielowiekowe drzewo Gondoru drzewo oliwne

Wędrówka potem już była po prostu w dół. Do miasta. Przeszliśmy wówczas solidne prawie 15 kilometrów. Saturacja na pewno wynosiła dużo.



Mało chyba nam było tamtego dnia. Ostatni zachód słońca nad Peczem chciałem jeszcze zobaczyć - wybór padł na bliski od naszego miejsca zamieszkania Havihegy. Niewysokie wzgórze z białym kościółkiem. Temperatura była znośna, zachód długi, widno do późnych godzin (choć do białych nocy to daleko na południu Węgier). Miło było być tam. 

Pełen spokój i relaks

To był wyjazd nieco inny niż wszystkie. Pojechałem po prostu spotkać się towarzysko z dobrymi ludźmi. Nie poczytałem zbyt wiele o okolicy - pozwoliłem zaskoczyć się wszystkim, co mnie spotka na miejscu. Nie przywiozłem żadnych oczekiwań. Nie planowałem w trakcie żadnych konkretnych tekstów na bloga czy na postów w mediach społecznościowych. Zdjęcia robiłem rzadziej i mniej, i tylko po to, by mieć jakąś pamiątkę. Bardzo się cieszę, że i tak udało się skleić niniejszy materiał. Reasumując, po prostu zrobiłem sobie najzwyczajniejsze wakacje. I tak jest najlepiej. I oby dało się tak robić częściej.

Pécs o zmierzchu

Komentarze