Suwałki, czyli krótki wyjazd na dalekie krańce

Pierwsza myśl o tym, aby pojechać do Suwałk, pojawiła się jeszcze w marcu. Kolejna fala wiadomo czego rozpędzała się, ale moje zapędy podróżnicze również pędziły w konkretną stronę - północno-wschodnią. Wówczas któregoś wieczora pojawił się główny przyczynek wyjazdu na daleką, prawie bałtycką północ kraju. Pociąg TLK Hańcza kursujący z Krakowa do Suwałk. Mało tego, kursujący tak, że można w weekend obrócić tam i z powrotem, a przy okazji chociaż na chwilę zapchać ten ogromny głód wyjazdów do krajów na L., Ł., i E. Czekałem tylko na magiczny moment, aby zrobiło się zielono i formalnie można było gdzieś tam przenocować. Potem tylko odliczanie dni do wyjazdu i wewnętrzne budowanie ekscytacji tym, że wyruszam ponad 600 kilometrów w stronę granicy litewskiej.

Wiem, że pewno czyta te słowa może ktoś z Warszawy, Olsztyna, czy nawet Białegostoku i sobie myśli: "a się zachwyca jakąś północą i szuka zagranicy tam, gdzie jej nie ma". I pewno bym się zgodził, ale kiedy jest się człowiekiem wychowanym 15 kilometrów od granicy słowackiej, pochodzącym z głębokiego południa Polska, mieszkającym nadal na południu, to takie Suwałki jawią się egzotyką. Zwłaszcza w czasach, gdy destynacje zagraniczne nie wybiera się na podstawie ich przyrodniczej atrakcyjności, a czy spotka nas tam kwarantanna, obowiązkowe testy i inne bajery. Poza tym największe miasto tamtego rogu Polski znajduje się w połowie drogi z Nowego Sącza do Viljandi. Myślę więc, że symboliki stało się już zadość.

Pobudka w środku nocy, ale nagrodzona świtaniem słonecznego dnia

Droga

Nadszedł w końcu ten czas. Trzeba było wstać o godzinie trzeciej w nocy, pociąg był o 4:41 z Krakowa Głównego. Około południa miałem być na miejscu. Lekko zaspany, działając w amoku, zwlokłem się z łóżka i w niewielkim pośpiechu udałem się na dworzec kolejowy. Mój przedział w pociągu był prawie pusty. Już minęliśmy krakowską aglomerację, a za oknem pokazało się on - wschód słońca. W uszach mi grał niezawodny Michał Lorenc. Oddalając się od domu, przybliżałem się coraz bardzo ku upragnionej od tygodni przygodzie.


W Warszawie dosiadło się jeszcze kilkoro osób, ale mniej więcej za Małkinią (stacja na granicy województw mazowieckiego i podlaskiego) zaczął się spektakl za oknem. Zabudowania rzedły, a widoki ogromnych łąk, pól i ciągnących się kilometrami lasów były coraz częstsze. Za Białymstokiem miałem przedział już tylko dla siebie. Dwie i pół godziny stania przy otwartym oknie i podziwiania wszystkie, co oknem. Drżącą ręką (o to, że mi telefon wypadnie za burtę) fotografowałem, co umiałem. Przy czym momentami się powstrzymywałem, aby też na własne oczy, a nie tylko obiektywem aparatu, nacieszyć się majową zielenią i grą niebieskiego nieba z białymi obłokami.

Jestem! Stacja Suwałki. Dziwne uczucie być w tym mieście, kiedy nie jest to po prostu 15-minutowa przerwa na dworcu autobusowym podczas podróży do państw bałtyckich. Przez kolejne dwa dni całą taką esencją "bałtyckości" miało być jedno miasto.

Suwałki

Nie sposób opowiadać o tym weekendzie bez ani słowa opisu samych Suwałk. Miasto liczące około 70 tysięcy mieszkańców jest największym ośrodkiem w północno-wschodniej Polsce. Mimo, że jesteśmy w województwie podlaskim to na Podlasiu już nie jesteśmy. Suwalszczyzna jest regionem kulturowym i historycznym od zawsze znajdującym się na pograniczy polsko-litewskim. Przecież pobliskie Sejny, a zwłaszcza Puńsk są okolicami zamieszkanymi w znacznej części przez Litwinów. Nazwa Suwałki zresztą pochodzi z języka litewskiego - Suvalka, czyli "przy błocie, bagnie", a współczesne litewskie Suvalkai jest po prostu liczbą mnogą od Suvalka.

Suwałki nie mogą się pochwalić wielowiekową historią. Są dość "młodym miastem". Pierwsza wzmianka pojawia się w 1688 roku, a w 1720 roku dostają prawa miejskie. Do czasów zaborów były własnością klasztoru kamedułów. Najciekawsze jednak się dzieje później. Kiedy powstaje Królestwo Polskie miasto awansuje najpierw na siedzibę województwa w 1817 roku, a 20 lat później staje się stolicą guberni. Intensywny rozwój miasta przypieczętuje również nowy plan urbanizacyjny. Dzisiejszy, regularny, prostokątny kształt miasta pochodzi właśnie z 1. połowy XIX wieku. 

Zatem mając chwilę czasu, zanim się zamelduję w moim miejscu noclegowym, zdecydowałem się szybki spacer po centrum miasta, aby "rozeznać teren" i poczuć się jak najszybciej swojsko oraz domowo. Przecież Suwałki to taki Sącz, tylko gdzie indziej - takie zabawne myśli chodziły mi po głowie.

Centrum miasta

Główną arterią w centrum jest ulica Kościuszki. Rolę "rynku" przyjmuje plac Konstytucji 3 Maja z rozległym parkiem. Można powiedzieć, że jest to taki park udający rynek lub rynek udający park. Przy jednej z pierzei stoi doniosła konstrukcja konkatedry pw. św. Aleksandra. Stojąc przed nią, warto się zadumać. Greckie portyki, kolumny i mocno klasycystyczny styl budowli jest nie bez powodu. Analogie do greckiej architektury miały przypisywać rzekome silne związki Suwałk z kulturą bizantyjską/wschodnią, a wezwanie kościoła nosi silne aluzje do Aleksandra Newskiego, świętego prawosławnego. Takie pomysły miały to wówczas władze carskie, aby maksymalnie zrusycyzować charakter miasta.

Po drugiej stronie placu Konstytucji 3 Maja stoi niemniej ciekawa świątynia. Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa. Na pierwszy rzut oka coś powinno nam nie grać. Ma i kopułę, i wieżę - no tak! Pierwotnie to była cerkiew prawosławna. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę (a Suwałki wchodziły w skład II RP) świątynie przebudowano na kościół rzymskokatolicki.

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, dawna cerkiew
Park na placu Konstytucji 3 Maja
Krasnoludek. Ten od Sierotki Marysi, bo proszę Państwa, Maria Konopnicka urodziła się w Suwałkach!
Konkatedra, jakże dostojna
Piłsudski strzeże najstarszej części miasta

Świątyń różnych wyznań i tak tutaj nie brakuje. Idąc dalej ulicą Kościuszki na południe miniemy Zbór Zieloświątkowców, a kilkaset metrów dalej Kościół Ewangelicko-Augsburski. Cerkiew prawosławną również spotkamy, ale ta jest zaś wyjątkowa i zostawiłem ją sobie na dzień kolejny. Razem z molenną starowierców.

Rzeczony Kościół Ewangelicko-Augsburski

W wyglądzie Suwałk na pewno zachwyci nas wszechobecny klasycyzm. Rzędy kamienic w tym samym stylu, w podobnych stonowanych barwach oraz to, że w grubej większości są one wyremontowane i niezeszpecone żadnymi późniejszymi przebudowami, sprawi, że poczujemy zupełnie klimat. 

Zwyczajne fasady 
Budynek Archiwum przyciągnie uwagę niejednego przechodnia
Fasa ratusza miejskiego także wybitnie klasycystyczna
A w tym domku przyszła na świat Maria Konopnicka :-)
plac Marii Konopnickiej - trochę betonu, fontanna
i pomnik z ławeczką

Drugą ciekawostką architektoniczną, z którą spotkamy się bardzo często, a również jest spuścizną czasów carskich, to różne domy, bloki mieszkalne i budynki użyteczności publiczności zbudowane z białej cegły. Jest to tak mocny przykład XIX-wiecznego budownictwa i ówczesnej mody, że nie będziemy mieli wątpliwości przy jej rozpoznawaniu. Zresztą najciekawszym jej przykładem jest budynek dawnego więzienia, które obecnie jest... galerią handlową. Tak. Oczy Was nie mylą. Inwestor, budując "świątynię kapitalizmu", chciał zburzyć zabytkową budowlę. Konserwator zabytków się nie zgodził. Zatem architekci "obudowali" więzienie dookoła galerią handlową. Efekt wygląda ciekawie, ale o gustach się nie dyskutuje...

Fasada starego muzeum z czasów carskich
Dzisiaj sobie w nim kupimy odzież z Niemiec
Ale ceglanych perełek jest więcej, na przykład przy stacji kolejowej
Kiedy cegła się znudzi, to są jeszcze drewniane domy. Choć ostaje się ich coraz mniej...
...lub są w coraz gorszym stanie.

Murali maści wszelakiej także nie brakuje w Suwałkach

No a takiej "cegły" to ci będzie w tym mieście dostatek

Szykana i Czarna Hańcza

Minęła godzina lub dwie, a ja już miałem obesznięte... (?), oblazłe... (?), obchodzone... (?) A ja już obszedłem spory kawałek miasta. Niedługo po tym zameldowałem się w mojej rezydencji w bloku na osiedlu. Jak byście szukali dobrego miejsca dla siebie, rodziny, małej grupki znajomych to po cichutku polecę Wam mieszkanie na Noniewicza. Na wiadomym portalu rezerwacyjnym do znalezienia bez problemu. 

A kiedy już zregenerowałem siły to przyszedł czas na intensywny spacer. Chciałem koniecznie zobaczyć jakieś bardziej zielone okolice miasta! 

Przez Suwałki przepływa rzeka Czarna Hańcza. Spokojnie ona sobie meandruje i opływa miasto z trzech stron. Wzdłuż niej na spory kawałku wytyczono chodniki i ścieżki rowerowe (tych drugich to w ogóle w Suwałkach jest co niemiara! Miasto rowerów!), ale są też bardziej dzikie i używane tylko przez mieszkańców ścieżki, po których również polecam sobie pospacerować. Kwitnąca natura, ogródki działkowe, w których ludzie sobie robią grille, spacerowicze z psami. Małe, drewniane pomosty czekają także na miejscowych wędkarzy. Spokój, cisza, pełen relaks. Łażąc sobie tak wzdłuż rzeki odpoczniemy niemalże w tak spokojnym tempie, jak sama woda płynie. 

Czy dzikie ścieżki nad rzeką mogły mnie ukontentować? Wiadomo, że szukałem kolejnych zielonych miejsc poza utartymi szlakami. Tutaj pomocne były Mapy Google, gdzie na wschód od miasta zaznaczono miejsce o nazwie Szykana. W praktyce okazało się, że jest to teren pełen urokliwych wzgórz morenowych, pomiędzy którymi w zagłębieniach znajdowały się bagna, mokradła lub jeziorka. Zbliżał się zachód słońca, spotkałem na wydeptanych ścieżkach może kilka osób. Dźwięków miasta nie było już słychać. Jedynie horyzont złożony z lasów i łąk. Ciało znowu sobie przypomniało, że ma jakieś zmysły. Szykanę odbiera się nimi wszystkimi: oczy zachwycą się widokami, nos zapachem kwitnących roślin i wilgotnego igliwia, uszy dźwiękiem rechotania żab i tak dalej.


Wiadomym było, że po zobaczeniu tego miejsca już nie ma sensu oglądać nic więcej tamtego dnia. Ta namiastka przyrodniczej strony Suwalszczyzny zatrzyma się u każdego w pamięci na dłużej.

Drugi dzień

Szkoda było marnować poranka, zwłaszcza, że był niezwykle ciepły i słoneczny! Po porannej Mszy w konkatedrze św. Aleksandra (tak, tej klasycystycznej a'la kolumny greckie), gdzie ksiądz mówił z lokalnym akcentem, udałem się a jakże niedzielnie na... cmentarz. Nie byle jaki zresztą. Cmentarz Siedmiu Wyznań. Jest to duża nekropolia podzielona na sektory, gdzie w poszczególnych są chowane osoby różnych wyznań: katolicy, prawosławni, starowiercy, protestanci kościoła ewangelicko-augsburskiego oraz kościoła ewangelicko-reformowanego, żydzi oraz muzułmanie. 

Najciekawsza jest tutaj wg mnie cerkiew prawosławna pw. Wszystkich Świętych, która pochodzi z końca XIX wieku. Jej niebieski kolor już z daleka przebija się w krajobrazie. Za nią zaczyna się sektor cmentarza, gdzie chowani są prawosławni i starowiercy. Tutaj możemy poczuć się jak w lesie.

Cmentarz ewangelicki
Zalesiony cmentarz prawosławny i starowierców
I piękniutka cerkiew, jeszcze otwarta, bo niedziela była :)

A jak już o lasach mowa, to za cmentarzem zaczyna się kolejna przyrodnicza atrakcja Suwałk. Zalew Arkadia. Jest to sztuczny zbiornik wodny, który w niedzielne, słoneczne przedpołudnie najczęściej służy jak dobra miejscówka dla wędkarzy. Na środku jeziorka znajduje się urocza wysepka, na której na pewno niejedna randka się odbywała. Teren wokół Arkadii jest bardzo sympatyczny do nienachalnego spaceru, porannego biegania czy na rower. Ale intuicja mi też podpowiada, że na pewno w słoneczne, letnie popołudnia spotkamy się tam z "kalkutą ludzi". Zatem jak stronicie od tłumów dzikich ludzi, to polecam wyżej wspomnianą Szykanę.

W temacie niedzieli i religijnych ciekawostek to nie można wręcz pominąć starowierców, zwanych również staroobrzędowcami. Pierwszy raz spotkałem się z tym odłamem prawosławia w Estonii (Maleńkie Kallaste nad Pejpusem jest przez nich zamieszkane). Starowiercy wyznają prawosławie sprzed reformy liturgicznej patriarchy Nikona z XVII wieku, która to odrzuciła stare, ruskie wierzenia i tradycje mocno odciskające się w ówczesnej liturgii prawosławia. Staroobrzędowcy są mocno rozczłonkowaną i podzieloną na wiele lokalnych wspólnot społecznością. Niektóre odłamy nie uznają sakramentu kapłaństwa, inne określonego zwierzchnictwa itd. Ich świątynie nazywane są molennami i w Suwałkach taka znajduje się przy ulicy Sejneńskiej... w bezpośrednim sąsiedztwie sklepu budowlanego oraz Zespołu Szkół Technicznych. Ale okolica jest jednak trochę urocza, ponieważ wzdłuż ulicy Sejneńskiej dominują ogromne bloki mieszkalne z charakterystycznej białej cegły z czasów carskich.

To jest ukryta za paroma płotami molenna z pocz. XX wieku
A to stare bloki z wiadomej cegły

Powolny koniec

Pomimo tego, że do końca wyjazdu jeszcze miałem sporo czasu, to powolutku musiałem myśleć o tym, co jeszcze chciałbym przed końcem zrobić w Suwałkach. I wiem! Zjadłbym coś. 

Po wcześniejszym rozeznaniu na rynku gastronomicznym stwierdziłem, że Kuchnia Tatarska u Alika przy ulicy Kościuszki to będzie to, czego moje podniebienie potrzebuje. Nie schabowy, nie frytki, nie ziemniaki, a cokolwiek bardziej egzotycznego. Jak się okazało do lokalu łatwo się nie da wejść, bo w sezonie robi się kolejka chętnych. Zatem mój nos cwaniaka nakazał mi pójść tam zaraz po otwarciu lokalu. Mimo, że pora marna na obiad, ale miałem stolik pod parasolką i mogłem zamawiać co tylko dusza zapragnie. A pragnęła o ho ho!

Litewskie kibiny, czyli takie wielkie pierogi z ciasta z mięsem w środku. Tatarskie nalistniki, czyli naleśniki z twarogiem, a na wierzchnu obsypane posiekanymi pieczarkami. Rosyjska soljanka, czyli w sumie dla mnie taka estońska (bo w Estonii, jak i na Łotwie, ta zupa jest podstawą kuchni) i chyba w końcu musze nauczyć się ją gotować! A na popitkę piwo gruzińskie. Ano, żeby polskie nie było, bo to sobie kupię wszędzie. Po dwóch godzinach hedonistycznej konsumpcji wstałem od stołu, zapłaciłem i poszedłem na ostatni spacer do Kaczego Dołku.

Kaczy Dołek to nic innego jak naturalny, zielony zagajnik z jeziorkiem na środku blokowiska. Czy warto tam się wybrać? Jeśli macie ochotę na spacery po "codziennych Suwałkach" oraz nie musicie już biec na dworzec jak szaleni, to oczywiście! 

Pogoda płatała niezłego figla. Czasem słońce, czasem deszcz. Jak bollywoodzkim filmie. Aż na ostatnią godzinę przed odjazdem pociągu rozjaśniło się tak przyjemnie, że musiałem jeszcze raz zobaczyć ulubione uroczysko z dnia poprzedniego. Następnie już z niejakim pogodzeniem ruszyłem w stronę stacji kolejowej. Na peronie stały tłumy, skład TLK Hańcza już był podstawiony. Wagon piąty, z przedziałami. Miejsce po środku. Rozsiadłem się wygodnie. Za oknem gdzieś tam majaczyło centrum miasta. Pociąg ruszył. Zresztą spalinowy, bo linia kolejowa z Białegostoku do Suwałk nie jest zelektryfikowana. Bardzo przypomina mi to koleje w państwach bałtyckich, gdzie składy pasażerskie również ciągną lokomotywy spalinowe.

Objawy choroby na chwilę ustały. Tej bałtyckiej, rzecz jasna. Chociaż Suwałki to nadal Polska, nadal nasz jeden język, nadal klimat "tego kraju". Ale przebywając przez tą chwilę tak daleko od codziennych małopolskich krajobrazów, mogłem się poczuć prawie jak za litewską granicą. Zresztą do tej nie jest tak bardzo odlegle z Suwałk, bo jedynie 30 kilometrów. Trzydzieści, aby usłyszeć inny język, móc kupić w sklepie zupełnie inne towary, zobaczyć wsie i miasteczka zniekształcone przez XX wiek w zupełnie inny sposób niż u nas. Trzydzieści, które jeszcze przekroczę, aby tego doświadczyć. Po raz kolejny i kolejny.


Komentarze