 |
| Na największym torfowisku w Estonii |
Była druga połowa czerwca 2026 roku. Do Polski nadciągały rekordowe upały. W niektórych miastach temperatura przekraczała nawet 39-40 stopni. Nie jest niczym nowym dla Czytelników, że ekstremalne ciepło nie należy do grona moich sprzymierzeńców. Tym bardziej cieszyłem się, że chociaż na chwilę od tego skwaru ucieknę w kierunku połnocno-wschodnim. W głowie był ogólny plan - w ciągu tygodnia przejechać wschodnią Litwę i Łotwę oraz południe Estonii. Raz spać pod dachem, raz pod chmurką, a gdzie konkretnie to będzie to wskazywać prognoza pogody i aktualny nastrój. W podróż udałem się razem z M., który również przebierał nogami z niecierpliwości na myśl o paru dniach na litewskiej, łotewskiej i estońskiej prowincji.
Dzień 1. Gorąca Pilica
Bagaże zostały upakowane do samochodu i można było ruszać. Pierwszy dzień w zasadzie miał być tylko krótkim przejazdem z Krakowa do Warszawy. Ukończona droga ekspresowa pomiędzy dwoma miastami skraca podróż do ledwie trzech godzin. Mając nadmiar czasu, stwierdziliśmy, że zatrzymamy się na chwilę w Białobrzegach. To kilkutysięczne miasto nad Pilicą znajduje się w regionie zwanym Zapiliczem, które jest najbardziej południowym skrawkiem historycznego Mazowsza. Dzisiaj jest ośrodkiem turystycznym, gdzie można zażyć kąpieli w Pilicy. Temperatura powietrza tamtego dnia sięgała trzydziestu pięciu stopni. Zanurzenie się w płytkim korycie rzeki wcale ochłody nie przynosiło, ale jak to mawiają - lepszy rydz niż nic. Umoczeni po pas w Pilicy dojechaliśmy do stolicy.
Dzień 2. Troki i Wilno
Nazajutrz szkoda było czasu. Czekało na nas około 500 kilometrów do przejechania. Wcześnie rano ruszyliśmy w stronę Litwy, ale trasą nieco mniej znaną - przez Augustów, okolice Sejn i Łoździeje (lit. Lazdijai). Popołudniu dojechaliśmy do Trok, których specjalnie przedstawiać nie trzeba. Miasteczko położone na półwyspie pomiędzy czterema jeziorami. Słynie z XIV-wiecznego zamku wybudowanego na wyspie przez księcia Witolda. Dzisiaj jest to jedna z topowych atrakcji na Litwie, którą odwiedzają setki tysięcy turystów rocznie. Zamek został po II wojnie światowej pieczołowicie odbudowany. Sam spacer do niego po drewnianych mostach jest niezwykle ciekawą atrakcją. Poza zamkiem Troki słyną również z mniejszości etnicznej je zamieszkującej - Karaimów. Przespacerowaliśmy się uliczkami starego miasta, gdzie można zwrócić uwagę na drewnianą zabudowę, jak również na kenesę, czyli dom modlitw Karaimów.
 |
| Widok na zamek na wyspie |
Po krótkim spacerze (i degustacji cepelinów w miejscowym barze) udaliśmy się do Wilna. Wieczorny spacer po starym mieście został sfinalizowany na Wzgórzu Trzech Krzyży. Według legendy w XIV wieku umęczono na górze siedmiu franciszkanów. Dwieście lat później na ich cześć franciszkanie postawili na szczycie trzy krzyże, które kilkrakrotnie murszały i rozpadały się, a na ich miejsce montowano nowe. W 1916 roku postawiono na wzgórzu betonowe krzyże. Przetrwały one do czasów ZSRR, kiedy wysadzono je w powietrze. Obecny pomnik wybudowano w 1989 roku ku czci ofiar stalinizmu na Litwie. Spod krzyży rozpościera się szeroka panorama na centrum Wilna. Szczególnie pięknie jest tam pod wieczór, kiedy słońce chowa się za horyzontem, a widok na miasto mieni się w pastelowych barwach.
 |
| Katedra w Wilnie |
 |
| Krajobraz ze Wzgórza Trzech Krzyży |
Dzień 3. Święciany, Cejkinie i Auksztocki Park Narodowy
W Wilnie nocowaliśmy na Zarzeczu (lit. Užupis), które jest urokliwym kawałkiem wileńskiej starówki. Okolica słynie z niezwykle aktywnej bohemy artystycznej. Na ulicach dostrzeżemy liczne murale i instalacje. Jedną z najciekawszych jest zawieszona pod mostem na Wilejce huśtawka. Bywając wielokroć z turystami w Wilnie, nigdy nie udało mi się na niej usiąść. Tym razem przełamałem to fatum! I przyznam szczerze, że jest to ogromna frajda dyndać sobie na drewnianej huśtawce i pluskać nogami w wodzie.
 |
| Macham nogami w Wilejce |
Mając na koncie tak niezapomniane doświadczenie, ruszyliśmy dalej w drogę. Czekała na nas wschodnia ściana. Przez spory czas towarzyszyła nam droga nr 102. Na jej trasie znajdują się Święciany (lit. Švenčionys) - jedno z najstarszych miast na Litwie. Zamieszkuje je spora mniejszość polska. W Święcianach urodziło się wielu rodaków, w tym Franciszek Żwirko - porucznik i pilot Wojska Polskiego. Na przedmieściach, w Cerkliszkach, znajduje się imponujących rozmiarów pałac Mostowskich z XIX wieku. Zatrzymaliśmy się na chwilę w tym miejscu, aby udać na niewielki spacer szlakiem turystycznym, który prowadzi przez miejscowy las do niewielkiego jeziora Cerkliszki.
 |
| Leśne jezioro w lesie na obrzeżach Święcian |
Po krótkiej wędrówce ruszyliśmy dalej. Kolejnym punktem były Cejkinie (lit. Ceikiniai) - malutka wioska, z którą związana jest historia rodziny M. Prawdopodobnie nie mając żadnych jakichkolwiek wcześniejszych powiązań z tym miejscem, nie przyjechalibyśmy tutaj. W Cejkiniach mieszka 150 osób, znajduje się tutaj niewielki kościół katolicki, sklep, dom ludowy, szkoła i przystanek autobusowy. Atmosfera przypominała tę ze znanego serialu "Ranczo". Totalny spokój i cisza, a na dodatek w tamtym momencie pobłogosławiło nas słoneczną, ciepłą aurą. Jedząc loda przed sklepem, czułem, jak bardzo wolno upływa czas i że w tym powolnym byciu jest coś niezwykle odprężającego.
 |
| Wjazd do Cejkiń |
 |
| Ruch jak na Marszałkowskiej |
Po godzinnej łazędze w Cejkiniach, która przyniosła wspaniały nastrój, przyszedł czas by wreszcie znaleźć miejsce na nocleg pod chmurką. Tamtego dnia wybór padł na Auksztocki Park Narodowy - najstarszy park narodowy na Litwie, który założono w 1974 roku. Obejmuje on obszar wzgórz morenowych i pojezierzy. Ponad 70 proc. jego powierzchni stanowią lasy. Miejsce do rozbicia namiotu znalazłem na obrzeżach miejscowości Palūšė. Był to kawałek zielonego terenu dostosowany do rozbijania namiotów i organizacji pikników. Zaraz obok była plaża nad jeziorem i wygodny parking. Biwak rozpoczęliśmy późnym popołudniem, kiedy to chwilę później przyszła ogromna burza przynosząca znaczne ochłodzenie i regularne opady deszczu, które towarzyszyły nam już prawie codziennie do końca wyjazdu. Niemniej sprawdzając co chwilę radary pogodowe, udało się znaleźć lukę czasową pomiędzy kolejnymi frontami atmosferycznymi i zorganizować niewielkiego grilla.
Dzień 4. Jeziorosy, Dyneburg i Rēzekne
Miałem wielką wizję, że śniadanie tamtego dnia zjem nad brzegiem jeziora. Na koniec popije je kawą zaparzoną na kuchence turystycznej. Niestety rzęsisty deszcz i zawierucha przerwały urok chwili. Trzeba było szybko zbierać się. Pojechaliśmy na zakupy do Maximy w pobliskim Ignalinie, a następnie w stronę granicy litewsko-łotewskiej. Po drodze zatrzymaliśmy się na krótki spacer w Jeziorosach, których nazwa po litewski brzmi zupełnie inaczej - Zarasai. Polskie określenie na to miasteczko jest całkowicie zasadne - od południa i wschodu przytulone jest do ogromnego jeziora. Jeziorosy okazały się ostatnim postojem na Litwie i tym samym miejscem pożegnania z najbardziej "słowiańską" pod wieloma względami republiką nadbałtycką.
 |
| Jeziorosy, czyli po litewsku Zarasai |
Kolejny stop był w Dyneburgu (łot. Daugavpils), drugim największym mieście na Łotwie liczącym niespełna 80 tysięcy mieszkańców. Jest to kulturalne, handlowe i gospodarcze serce Łatgalii - jednego z czterech głównych regionów etnograficznych Łotwy. Miasto wyróżnia się pod wieloma względami: jest duże pod względem powierzchni, a przez jego środek przepływa największa łotewska rzeka - Daugava, połowę populacji stanowią Rosjanie (kolejne 20 proc. Łotysze i kolejne kilkanaście procent... Polacy), znajduje się na trasie dawnej kolei warszawsko-petersburskiej, słynie z ogromnej cytadeli wybudowanej na początku XIX wieku w czasach panowania Imperium Rosyjskiego oraz... byłem już w nim w 2016 roku. Wówczas odwiedziłem Dyneburg pociągiem, jadąc z Rygi. Tamtą wycieczkę pamiętałem jak przez mgłę - na pewno dużo chodziłem, byłem na cytadeli, przeszedłem główne śródmieście. Co się zmieniło w moich oczach? Na pewno kilka ulic zostało wyremontowanych, a cytadela nieco wyładniała - chociaż wciąż są tam miejsca, która proszą o rewitalizację na wczoraj!
 |
| W 2016 roku pozowałem do zdjęcia dokładnie na tej samej ścianie |
 |
| Cytadela miejscami jest wyremontowana i odnowiona |
 |
| Niedaleko centrum miasta znajduje się spore mokradło będące siedliskiem wielu gatunków ptaków |
 |
| Główny deptak w mieście |
Przy okazji wizyty w Dyneburgu jedna rzecz zaczęła zastanawiać. Skoro cytadela powstała nieco ponad 200 lat temu, a główne śródmieście to w większości kamienice z końca XIX i początku XX wieku, to gdzie znajduje się ten Dyneburg sprzed ponad 750 lat wraz ze średniowieczną twierdzą wybudowaną przez Krzyżaków? I tutaj okazuje się, że resztek po XIII-wiecznym zamku należy szukać 18 kilometrów na wschód od dzisiejszego Dyneburga we wsi Vecpils (z łotewskiego "stary zamek"). To tam na wysokiej skarpie nad Daugavą członkowie inflanckiej gałęzi Zakonu krzyżackiego postawili twierdzę, która była doskonałą bazą wypadową do atakowania Litwinów na południu. Zamek przetrwał trzysta lat z ochłapem, a w XVI wieku nową warownię wraz z miastem postawiono w miejscu dzisiejszej carskiej cytadeli. Do ruin zamku nad Daugavą dojechaliśmy bez problemu samochodem (już wcześniej byliśmy oswojeni ze żwirowymi drogami na bałtyckiej prowincji). Na miejscu zastaliśmy niewielki parking, tablicę informacyjną i zarośnięte ścieżki prowadzące do zamku. Widok z ruin na leśny krajobraz doliny Daugavy był wart tego wysiłku i odbijania z głównej drogi.
 |
| Tam płynie Daugava |
 |
| Tutaj kiedyś stała warownia krzyżacka |
 |
| Dzisiaj pozostał do podziwiania tylko widok na rzekę |
Zmęczeni intesywnym zwiedzaniem (i łapaniem kleszczy - to o mnie mowa!) ruszyliśmy do naszego miejsca noclegowego, które mieliśmy zarezerwowane w Rēzekne. Tutaj celowo używam łotewskiej pisowni tego miasta, ponieważ polska oficjalna nazwa - Rzeżyca - jest dla mnie zbyt brutalna i nie oddaje urody tego miejsca. W Rēzekne zdecydowanie warto zatrzymać się na nieco dłużej, aby chociażby przespacerować się bulwarami wzdłuż rzeki, wyjść na ruiny (kolejnego) zamku krzyżackiego z 1285 roku i zobaczyć pomnik o nazwie Latgales Māra przedstawiający Marę - boginię ziemi, płodności i macierzyństwa w łotewskiej mitologii. Pierwotną wersję pomnika odsłonięto w 1939 roku i symbolizował on wyswobodzenie Łatgalii spod sowieckiej władzy. Obecnie jego znaczenie odnosi się ogólnie do łączności regionu z państwem łotewskim i tego, że jest on wciąż wolny od obcych wpływów.
 |
| Latgales Māra z prawej strony |
 |
| Ruiny (kolejnego) zamku krzyżackiego |
Dzień 5. Gulbene, Alūksne i Suur Munamägi
Poranek przewitał nad deszczem. Bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy dalej na północ. Tego dnia mieliśmy przekroczyć granicę łotewsko-estońską i spać na polu namiotowym pod najwyższą górą w państwach bałtyckich. Póki co poranna zlewa tego nie zapowiadała zbytnio. Na szczęście jazda samochodem przez wschodnią Łotwę należy do relaksujących bez względu na pogodę - ruch drogowy jest znikomy, dookoła lasy, torfowiska i łąki, co kilka kilometrów pojawiają się jakiekolwiek zabudowania, a co kilkadziesiąt kilometrów jakieś większe skupiska ludności. Do takich należało Gulbene - kilkutysięczne liwońskie miasteczko, w którym zatrzymaliśmy się dosłownie na chwilę przy dworcu kolejowym. Okazuje się, że na ten koniec świata dojeżdżają kilka razy w tygodniu pociągi z Rygi! O wiele lepszą atrakcją jednak może się okazać podróż kolejką wąskotorową, która regularnie kursuje pomiędzy Gulbene a Alūksne! Miasto stawia na promocję kolei, ponieważ w budynku dworca zlokalizowane jest muzeum z licznymi eksponatami wspomianającymi dawną, kolejarską świetność Gulbene. Zresztą sam dworcowy gmach jest imponujących rozmiarów.
 |
| Dworzec w Gulbene |
Zaintrygowani kolejową ciekawostką pojechaliśmy dalej do miasta, w którym owa wąskotorówka kończy swój bieg. Alūksne jest największym miastem w północno-wschodniej Łotwie. Region, którego jest stolicą, granicy zarówno z Estonią, jak i Rosją. Sama mieścina znajduje się na południowym brzegu sporych rozmiarów jeziora o tej samej nazwie. Terenów spacerowych jest tutaj co niemiara! Warto zacząć od Wyspy Zamkowej, gdzie w XIV wieku Krzyżacy (tak, znów oni) wybudowali twierdzę. Obecnie z niej pozostały fundamenty i kawałki ścian. Natomiast cała wyspa ma obecnie formę zadbanego parku z terenami sportowymi. Na północ od wyspy, na przeciwległym brzegu jeziora, znajduje się Wzgórze Świątynne (łot. Tempļa kalns), gdzie możemy wędrować leśnymi ścieżkami. W najwyższym punkcie wzniesienia wybudowana została wieża widokowa, z której rozpościera się szeroki widok na jezioro, centrum miasta i Wyspę Zamkową.
 |
| W drodze na Wzgórze Świątynne |
 |
| Słońce coraz chętniej wyglądało zza chmur |
Trasa naszego spaceru zahaczała także o kościół luterański (na południowym brzegu jeziora), który okazał się otwarty dzięki wycieczce estońskich seniorów zwiedzających obiekt z umówionym przewodnikiem. Obok świątyni znajduje się również mały budynek z 1908 roku, w którym od ponad 30 lat działa... Muzeum Biblii Ernsta Glücka, które opowiada o luterańskim pastorze z XVII wieku, który jako pierwszy przetłumaczył biblię na język łotewski. Wizytę w Alūksne zdecydowanie umieszczę w czołówce najlepszych. Może pomogła w tym nieco bardziej słoneczna aura, a na pewno pomógł krótki postój w kafejnicy Pie Martas, gdzie w kulturalnej atmosferze wsunąłem placki ziemniaczane (oczywiście, bo jesteśmy na Łotwie) z solidną porcją śmietaną. Ponadto miasto w dużym stopniu czerpie z tego, że ma dostęp do jeziora i można w nim uprawiać różne sporty albo zwyczajnie wylegiwać się na miejscowej plaży. Nie brakuje parków, alejek, estetycznych kwietników i pedantycznie przystrzyżonych trawników.
 |
| Kościół luterański w centrum miasta |
Dzień chylił się bardzo powoliku zachodowi. Ten miał nadejść dopiero po godzinie 22. Ruszyliśmy do Estonii, a dokładnie do miejscowości Haanja w regionie Võrumaa, który słynie nie tylko z bogatej kultury ludowej, własnego języka, ale też z pagórkowatego krajobrazu. Naszym głównym celem było zdobycie najwyższego szczytu w kraju i zarazem w państwach bałtyckich. Suur Munamägi liczy 318 m n.p.m., a na jego wierzchołek prowadzą betonowe schody. Na szczycie wybudowano w latach 30. XX wieku wieżę widokową, która jest eleganckim przykładem architektury modernistycznej. Na samą górę można wyjść schodami lub wyjechać windą. Zapłaciliśmy 7 euro - trochę sporo - ale po ujrzeniu widoków z górnego tarasu wszelkie kwestie finansowe nie miały już znaczenia. Wyżynny pejzaż po sam horyzont.
 |
| Tam będziemy wychodzić! |
 |
| Żeby zobaczyć pół Estonii |
 |
| A tutaj drugie pół |
 |
| Czy widać lęk wysokości na mojej twarzy? |
Na sam koniec pozostało nam znaleźć miejsce do spania na jednym z pól biwakowych administrowanych przez estońskie lasy państwowe (RMK). W całym kraju takich miejsc jest całe mnóstwo, co czyni Estonię doskonałym miejscem do podróżowania z namiotem lub hamakiem. Zatrzymaliśmy się nad jeziorem Vaskna. Na marginesie, okazało się, że w okolicy odbywały się wyścigi samochodowe (Lõuna-Eesti Rally) i musieliśmy wcześnie rano uciekać z miejsca, ponieważ droga dojazdowa będzie zamknięta dla ruchu w związku z tą imprezą. Tak czy owak takie niedogodności nie zniszczyły nam atmosfery biwaku. Ba! Przepiękne barwy zachodu słońca wręcz ją podkręcały.
 |
| Na miejscu biwakowym |
 |
| Prze-prze-uroczo |
Dzień 6. Rõuge, Võru, Tartu i finał w Viljandi
Pobudka o 7 rano, wyjazd o 8 i jeszcze przed 9 byliśmy w pierwszym z zaplanowanych punktów. Rõuge to całkiem spora estońska wieś rozłożona pomiędzy pięcioma (!) jeziorami. Znajdują się tutaj kościół luterański, szkoła, dom ludowy, kawiarnia, stacja benzynowa i... wieża widokowa w kształcie ptasiego gniazda. Ta ostatnia atrakcja budzi największe zainteresowanie przybyszy. O poranku na miejscu nie było jeszcze nikogo. Poczuliśmy się, jakby ten teren należał tylko do nas. Oprócz wyjścia na szczyt osobliwej konstrukcji w Rõuge można również udać się na spacer dnem niewielkiego kanionu Ööbikuorg i nad brzegiem jeziora Liinjärv, gdzie zobaczymy intrygujące urządzenia hydrotechnicznie. Mowa o pompach hydraulicznych służących do poboru wody z warstw podziemnych. Wszystko jest na miejscu opisane, a z odległości już kilkudziesięciu metrów słychać charakterystyczne stukanie klapek pompujących wodę.
 |
| Wieża Ptasie Gniazdo |
 |
| Krajobraz Rõuge |
 |
| Potem wędrowaliśmy tam w dole |
 |
| Okolica cudownie zaopiekowana! |
 |
| W kanionie... |
 |
| Szukając śródeł wody i innych atrakcji hydrotechnicznych |
Krótka przechadzka po Rõuge podniosła morale po deszczowej nocy i poranku. Zresztą warunki meteorologiczne stopniowo zaczęły się poprawiać tamtego dnia. Ruszyliśmy na małą pauzę do Võru - największego miasta w południowo-wschodniej Estonii. Największe, czyli liczące 12 tysięcy mieszkańców. Przespacerowaliśmy się brzegiem jeziora Tamula oraz rzuciliśmy okiem na nietypowe latarnie na placu głównym. Tamtego dnia nie było jednak nam dane dłużej posiedzieć w mieście, ponieważ odbywał się wyścig samochodowy (ten sam, co dzień wcześniej w okolicach Haanja) i połowa śródmieścia była zamknięta dla ruchu, rozłożone były namioty drużyn biorących udział w rajdzie, grała głośna muzyka. Nie jest to klimat, który lubię. Bez większego żalu pojechaliśmy do Tartu.
 |
| Drewniane Võru |
 |
| Wodne Võru |
O kulturalnej stolicy Estonii wiele można pisać. Nawet na tym blogu niejednokrotnie pojawia się nazwa tego miasta. Podróżując z grupami turystów, także pokazuję im Tartu. Pokazałem więc M. najważniejsze zabytków na starówki oraz jedną z dwóch dzielnic słynących z drewnianej zabudowy (tzw. drewnic) - Supilinn. Na koniec wizyty udaliśmy się Prochowni (Püssirohukelder) - pubu z najwyższym sufitem na świecie, który jest wpisany na listę rekordów Guinnessa. Żeby nie było! W Prochowni można spróbować pysznej estońskiej kuchni oraz całej gamy przekąsek do piwa. Zdecydowanie polecam!
 |
| Ruiny katedry katolickiej w Tartu |
Najedzeni skierowaliśmy swoje tory już tylko na jeden cel - Viljandi. Przyjechaliśmy do mojej drugiej małej ojczyzny wczesnym wieczorem. Zameldowaliśmy się w mieszkanku zlokalizowanym w ponad stuletniej drewnicy. Na sam koniec dnia zdobyliśmy się na resztki sił i zorganizowaliśmy sobie mały obchód po mieście. Ten natomiast sfinalizowaliśmy kolacją na ruinach zamku z widokiem na jezioro. Czy mogło być coś bardziej klimatycznego w najbardziej klimatycznym mieście w Estonii?
 |
| Nasza drewnica na noc |
 |
| Najdłuższy wiszący most w Estonii. Ponoć... |
 |
| Jeszcze trwały biały noce. Tutaj widok po 23 wieczorem |
Dzień 7. Jeszcze raz Viljandi, a potem Soomaa
Wiedzieliśmy, że już tydzień jesteśmy w drodze, ale coś podskórnie pchało nas do kolejnych przygód. Leniwy poranek w Viljandi rozpoczęliśmy późnym śniadaniem w kultowej kawiarni Roheline Maja w towarzystwie starych estońskich przyjaciół. Kawa, cynamonka i aktualizacja bazy danych w stylu "co u ciebie słychać?" i "kiedy my to ostatni raz się widzieliśmy?" Na chwilę jeszcze wrócę do pogody tamtego dnia, bo była ona iście nieprzewidywalna - czasem słońce, czasem deszcz. Siedząc w kawiarni, obserwowaliśmy ulewny deszcz. Idąc na mały spacer po Viljandi, chwilowo zaświeciło słońce. Sprawnie manewrowaliśmy swoimi planami, dostosowując je do kaprysów nieba. Dzięki temu udało się nam chociażby wyjść na dawną wieżę ciśnień w centrum miasta i poobserwować panoramę drewniano-kamiennego Viljandi.
 |
| Poranny obchód miasta |
 |
| Zakończony w Rohelina Maja |
 |
| Moje miasto z góry vol. 1 |
 |
| Moje miasto z góry vol. 2 |
Następnym punktem programu miał być Park Narodowy Soomaa. W odległej przeszłości (niespełna dekadę temu) byłem w nim bodaj dwa razy, ale żadna z tych odwiedzin nie obejmowała torfowisk, z których on słynie. Tym razem chciałem nadrobić braki i wypuścić się w dzicz. Na terenie parku możemy pożegnać się z jakąkolwiek większą cywilizacją. Przez jego środek wiedzie asfaltowa droga, a w samym sercu znajduje się centrum obsługi turystów, w którym skorzystami z toalety, wypijemy kawę za 2 euro i zwiedzimy wystawę opowiadającą o przyrodzie Soomaa. Poza tym są tylko pojedyncze szlaki turystyczne, kładki na bagnach, miejsca do biwakowania i wieże widokowe. Niektóre miejsca są bardziej popularne, inne mniej. Obszar jest na tyle duży, że w niecałe dwa dni nie zobaczymy tutaj wszystkiego. Spokojnie możemy spędzić w parku tydzień i jeszcze się nie znudzić obcowaniem z naturą.
 |
| Na Kuresoo |
Na pierwszy rzut pojechaliśmy do Ingatsi - miejsca, w którym zaczyna się ścieżka turystyczna do największego torfowiska w Estonii. Kuresoo liczy aż 90 kilometrów kwadratowych powierzchni! Ciągnie się na dystansie aż 15 kilometrów! Szlak prowadzi jedynie niecały kilometr w głąb tego krajobrazu. Na granicy lasu i torfowiska znajduje się niewielka wieża, ze szczytu której możemy poczuć potęgę Kuresoo. Pora dnia była już mocno wieczorna, a kolory otoczenia robiły się intensywniejsze. Na końcu drewnianych kładek zbudowana została niewielka platforma z ławką. Miejsce przygotowane było do ewentualnych kąpieli w bagiennym jeziorku. Na ten widok pojawiła się jedna myśl: a gdyby tak wejść do tej wody? Zrobiliśmy to. Woda była przyjemnie chłodna, ale nie lodowata.
 |
| To dopiero początek |
 |
| Prawdziwy zachwyt dopiero miał nadejść |
 |
| !!! |
W pojedynczych promieniach słońca wyschnęliśmy, założyliśmy z powrotem ubrania i wróciliśmy do lasu. Pojechaliśmy szukać miejsca na nocleg. Za poradą koleżanki z Viljandi oraz zasugerowani oznaczeniami na mapie trafiliśmy do leśnej chatki na granicy parku narodowego. Drewniany budyneczek był czysty i uporządkowany. W razie niepogody można było spać w środku. Obok znajdowało się palenisko, toaleta oraz skład drewna. Wszystko dla nas. Estońskie lasy państwowe wiedzą jak organizować miejsca biwakowe, ale i sami Estończycy (oraz zagraniczny backpackerzy) dbają o te miejsca. Nie było żadnych śladów śmiecenia, wandalizmu i kradzieży. Pozostawiono nawet dwie miotły do zamiecenia domku po noclegu. Love it.
Celowo nie zdradzam nazwy tego miejsca, żeby nie robić jemu nadmiernej reklamy. Jeśli wybierasz się do Soomaa, to uważnie studiując mapę na pewno się na nie natkniesz.
Dzień 8. Jeszcze więcej bagien
Co to była za noc... Wybudzeniu dźwiękami lasu spakowaliśmy się w dalszą drogę przez Park Narodowy Soomaa. Czekała nas wędrówka przez kolejne torfowisko. Riisa jest znacznie mniejszym bagnem niż Kuresoo, ale sieć drewnianych kładek rozrzuconych nad nim liczy prawie 5 kilometrów. Miejsce jest już znacznie popularniejsze - na parkingu poza naszym samochodem był jeszcze bus, kamper i kilka aut osobowych. Niemniej podobnie jak dzień wcześniej, także i tutaj znajdowały się miejsca przeznaczone do kąpania w bagnie. Czemu byśmy mieli tym razem nie skorzystać?
 |
| Torfowisko Riisa |
 |
| Bagno zmieniało swoje barwy w zależności od miejsca |
 |
| Po kładkach przez sosnowy las... |
Ogromna szkoda było opuszczać Soomaa, ale plany pchały nas naprzód. Udaliśmy się do Parnawy, w której byliśmy umówieni na spacer i lunch z kolejną znajomą osobą. J. dopiero co przyleciała z Kolumbii. Zdołaliśmy przeciąć swoje ścieżki właśnie w "estońskim Sopocie".
 |
| Spacerując po Parnawie |
Od Parnawy była już ostatnia prosta do naszego łotewskiego azylu w Carnikavie, gdzie mieliśmy spędzić kolejne dwa tygodnie. Mnie jednak korciło pewne torfowisko, które widoczne jest z głównej drogi krajowej Via Baltica mniej więcej na wysokości wioski Rannametsa. Zatrzymaliśmy się na chwilę, aby zbadać teren. No cóż. Kolejne zdejmujące z nóg doświadczenie. Torfowisko nazywa się Tolkuse. Jest długie na 10 kilometrów i szerokie miejscami do dwóch. Oddzielone od ruchliwej drogi pasem wydm. Szlak prowadzi zarówno przez sosnowy bór, jak i po drewnianych kładkach. Jeszcze nie wiedzieliśmy co nas czeka na samym końcu.
 |
| Szlak zaczynał się niewinnie. Od przechodzki po lesie |
 |
| Potem weszliśmy na torfowisko |
 |
| Były bagienne jeziorka |
 |
| A ze szczytu wieży Tolkuse tak się prezentuje |
 |
| A Morze Bałtyckie tak |
Szlak został zaplanowany w formie pętelki. Na jej końcu można wdrapać się na szczyt sporej wieży widokowej (ileż tych wież w Estonii, co nie?). Co było widać z góry? Z jednej strony torfowisko, a z drugiej - Morze Bałtyckie. Cudowniejszego finału tej objazdowej wyprawy nie mogłem sobie wyobrazić. Chociaż wiedziałem, że to jeszcze nie koniec wakacji w tych stronach świata, to trochę łezka zakręciła się w oku. Przez ostatni tydzień spałem w lesie, nad jeziorami, w leśnym domu, w drewnicy, w chruszczowce (to było w Rēzekne) czy w kamienicy z końca XIX-wieku (to natomiast w Wilnie). Zobaczyłem tyle nowego, ale wciąż te krajobrazy nie nakarmiły mnie do syta. Tyle regionów jeszcze pozostało do odkrycia. I na pewno kiedyś jeszcze je odkryję, a potem zapewne o wrażeniach z tych podróży tutaj napiszę.
Komentarze
Prześlij komentarz