 |
| Klify na Gozo |
Czy ktoś się tego spodziewał? Zamiast kolejnej podróży w północne zakamarki Europy, wyjazd do najbardziej położonego na południe państwa kontynentu. Kliknąłeś/łaś w coś, co nie będzie wspomnieniem śnieżnej zimy w Finlandii czy opisem zielonej wędrówki przez łotewskie lasy. Zabiorę cię śladami mojej kilkudniowej podróży na Maltę. Nie będzie to praktyczny przewodnik, ani skarbnica wiedzy o zabytkach Valetty, ani zbiór polecajek typu "gdzie zjeść, gdzie spać". Podzielę się tym, co zobaczyłem, co zbadałem, gdzie łaziłem i co ciekawego o tym niewielkim kraju odkryłem.
Na Malcie byłem w pierwszej połowie lutego. Wybrałem się tam razem z M., który był już w tym kraju rok wcześniej. Jehałem trochę na gotowe i z włączonym trybem "zimowe wakacje w tropikach". Hotel w Sliemie był ogarnięty, a w ofercie poranne, leniwe śniadania w restauracji oraz wieczorne spa. W ciągu dnia natomiast zaplanowane były wędrówki po różnych zakątkach Malty. Poruszaliśmy się wszędzie miejscową komunikacją autobusową. Linii jest całkiem sporo i pozwalają na dotarcie niemal wszędzie, ale bywają przepełnione. Chociaż luty wydaje się niskim sezonem, to trafiliśmy w tamtym czasie na święto narodowe oraz przedsionek karnawału, więc turystów było więcej niż zazwyczaj.
Dla człowieka ceniącego ciszę, spokój, bliski dostęp do przyrody i niewielkie zaludnienie terenu wybór Malty może wydawać się zaskakujący. Tak czy owak przez ten czas udało się niejednokrotnie trafić na prawdziwe perełki z dala od najpopularniejszych szlaków. Zresztą było to intrygujące doświadczenie po całości. Malta jest najbardziej położonym na południe krajem Europy. Na powierzchni nieco większej niż Kraków mieszka ponad pół miliona ludzi. Zespół miejski Valetty jest najgęściej zaludnionym obszarem w Europie! Na Malcie panuje klimat subtropikalny. Nie odnotowano tam nigdy ujemnej temperatury, a opady śniegu zanotowano w historii pomiarów sięgających XIX wieku tylko raz i było to ponad 100 lat temu. Nie ma tam gór. Jest to wyspiarska kraina zbudowana z łagodnych wzgórz i śródziemnomorskiej makii. Lasy (a nawet i parki) są towarem deficytowym. Chodniki w wielu miejscach zresztą też. Brakuje tam ścieżek rowerowych. Ruch drogowy jest lewostronny oraz przede wszystkim odważny, szybki i czasem "na centymetry". Wszyscy mówią po angielsku (co jest spuścizną po epoce brytyjskiego kolonializmu), chociaż większość populacji stanowią Maltańczycy, dla których językiem ojczystych jest maltański - blisko spokrewniony z arabskim i posiadający liczne zapożyczenia z włoskiego. Po takim teoretycznym wstępie chyba naprawdę można się zajawić na ten kraj, co nie?
 |
| Kawusia kupiona zaraz po wylądowaniu na Malcie i zarazem pierwsze zdjęcie na telefonie |
Dzień 1. "Trójmiasto" i stolica
Pierwszy dzień to zawsze pewien szok dla przybywającego. Zwłaszcza, że Polskę opuszczaliśmy przy minusowej temperaturze, a na lotnisku na Malcie było kilkanaście stopni na plusie. Pierwsze zdjęcie - cyk! Wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy zaznajomić się z samym sercem tego kraju. Pierwszy spacer odbyliśmy pomiędzy trzeba miastami na wschód od Valetty - Isla, Birgu i Kalkara. Trzeba nadmienić, że pojęcie "miasto" jest na Malcie mylące. Chociaż formalnie kraj jest podzielony na 68 jednostek administracyjnych, to bardzo często granice pomiędzy nimi nie są widoczne, ponieważ teren jest niemal w całości zabudowany.
Isla, Birgu i Kalkara to nieco spokojniejsza alternatywa dla Valetty. Położone na niewielkich cyplach, które oblewają wody zatoki Il-Port Il-Kbir. Najciekawsze z nich jest Birgu, które do czasu ustanowienia stolicy w Valetcie w XVI wieku było główną twierdzą na wyspie, siedzibą Zakonu Szpitalników św. Jana i de facto stolicą kraju. Na samym końcu cyplu znajduje się olbrzymi Fort Świętego Anioła wybudowany przez wspomnianych joannitów. Natomiast towarzyskim sercem Birgu jest Pjazza tal-Belt Vittoriosa - niewielki rynek z kawiarenkami, ławkami i kawałkiem cienia. Szczególną uwagę przyciąga na nim też potężna figura św. Wawrzyńca, który jest zarazem patronem głównego kościoła w mieście.
 |
| Pjazza tal-Belt Vittoriosa |
 |
| Dwie buły na bazie maltańskiego chleba (ftira) na drugie śniadanie |
Z każdego z tych trzech miast doskonale także widać Valettę, która była kolejnym punktem zwiedzania. Wsiedliśmy raz kolejny w autobus i dojechaliśmy na dworzec główny u przedmurza stolicy. Atmosfera zmieniła się diametralnie. Senne uliczki Birgu czy Kalkary zamieniliśmy na gwarne i zatłoczone chodniki Valetty. Na powierzchni niecałego kilometra kwadratowego doliczono się tutaj ponad 300 zabytków.
 |
| Zacisna uliczka w Kalkarze |
 |
| Balkony w Valetcie |
Miasto wybudowane zostało w XVI wieku i jest perełką architektoniczną. Setki zabudowanych balkonów w formie wykuszy są znakiem rozpoznawczym. Valetta została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Nie spędziliśmy w niej zbyt dużo czasu - ciasnota na ulicach i wysoki stopień turystyfikacji zniechęcił nas do dalszej eksploracji. Ruszyliśmy więc prędko w stronę niewielkiego promu, który kursuje przez zatokę po zachodniej stronie miasta. Późnym popołudniem dotarliśmy już do "naszej" Sliemy. Wieczorem zaś wybraliśmy się na nieodległy Fort Manoel i jeszcze raz rzuciliśmy okiem na Valettę, ale z dystansu i przy świetle zachodzącego słońca. Stolica Malty w takiej formie zaprezentowała się bardzo okazale!
 |
| Valetta widziana z Fortu Manoel |
Dzień 2. Klify, araukarie i wiosna na drzewach
Prognozy pogody były obiecujące. Jakieś +18 stopni i bezchmurne niebo przez większość dnia. Jedynie popołudniu istniało ryzyko niewielkich opadów deszczu. Ruszyliśmy z rana na południe głównej wyspy Malty, na obrzeża miejscowści Iż-Żurrieq. Znajduje się tam jedna z czołowych atrakcji przyrodniczych - słynne Blue Grotto. Jest to łuk skalny na klifowym wybrzeżu. Najłatwiej można go zaobserwować, idąc wzdłuż głównej drogi nr 117 (którą też porusza się autobus dowożący na miejsce), ale najwięcej emocji zapewne przyniesie skorzystanie z turystycznego rejsu łódką i podpłynięcie do niszy skalnej od strony morza.
 |
| Blue Grotto widziane z góry |
Blue Grotto było dopiero zwiastunem całej gamy przeróżnych klifów, skalistych wychodni i terenowych trudności, które czekały nas dalej podczas 13-kilometrowej wędrówki. Malta jest swoistym rajem dla geologów. Uboga warstwa roślinna kraju pozwala podziwiać ogromne spektrum różnego rodzaju wapieni, które powstały w epoce oligocenu-miocenu (około 20-30 milionów lat temu) i zostały wyniesione nad poziom morza dzięki ruchom tektonicznym. Skamieniałości gąbek, koralowców czy różnych bezkręgowych muszlowców jest od groma!
 |
| Różne formy przybierał śzlak turystyczny. Były skaliste ścieżki, jak i drogi gruntowe |
 |
| Na klifach Dingli. W tle z prawej jest najwyższy punkt na Malcie |
Ważnym momentem podczas naszej wyprawy tamtego dnia było zdobycie najwyższej góry kraju. Fakt jej istnienia bywa chyba często pomijany, ponieważ na szczycie nie ma żadnej tabliczki informującej, że znajdujemy się na Ta' Dmejrek i że ma on wysokość 253 m n.p.m. Jest tak być może dlatego, że w bliskim sąsiedztwie turyści wolą podziwiać klify Dingli spadające z wysokości 200 metrów wprost do morza!
 |
| Widoki z najwyższej góry na Malcie. "Organiczne" można rzec |
Tamtego dnia jeszcze jeden szczegół przykuł moją uwagę. Araukarie! Te egzotyczne drzewa rosnące naturalnie na wyspach Pacyfiku mają się na Malcie całkiem świetnie. Iglaki pojawiały się najczęściej w prywatnych ogrodach i dorastały kilku metrów. Symetryczne rozłożenie gałęzi drzewia sprawi każdemu pedantowi zapewne dużo radości (mi sprawiało!). Poza araukariami sporo przyjemnych uczuć dawały też widoki kwitnących drzew - to był dowód, że jednak wiosna kiedyś jednak nadejdzie. Skoro w lutym jest już na Malcie, to do Polski też kiedyś nadejdzie. W chwili pisania tych słów wiem, że tak się stało.
 |
| To jest, proszę Państwa, araukaria wyniosła |
 |
| Jeszcze jedna araukaria, a w tle wysepka Filfla |
 |
| Wiosna spotkała nas po drodze! |
Dalszym punktem naszej wędrówki był las Buskett - prawdopodobnie jedyny na Malcie. Ma on powierzchnię 30 hektarów i bywa częstym miejscem spotkań towarzyskich Maltańczyków. Po krótkim pikniku w lesie ruszyliśmy do Rabatu i Mdiny - pierwszej stolicy Malty. Skoro Robert Makłowicz zachwalał w jednym ze swoich materiałów na Youtube (o w TYM) Mdinę jako ciche miasto i bardzo odludne, bo zamieszkane przez ledwie 200 osób, musieliśmy to sprawdzić na własnej skórze. Rabat i Mdina stanowią dzisiaj praktycznie jeden organizm miejski. Pierwsze miasto jest typową maltańską mieściną z knajpkami, dworcem autobusowym i sklepami. Natomiast Mdina ma postać twierdzy otoczonej wysokimi murami. Jej historia sięga starożytności. Miasto rozwijało się głównie w dobie muzułmańskiej i sycylijskiej dominacji nad wyspą (VIII-XVI wiek). Według danych z 2025 roku, Mdinę odwiedza obecnie około 1,7 miliona turystów rocznie. Szybko obeszliśmy ją dookoła i totalnie wymęczeni fizycznie wróciliśmy autobusem do hotelu. Sama podróż też nas metaforycznie dojechała - pojazd był zabity ludźmi. O swobodnym staniu nie było mowy, a co dopiero o siedzeniu. Wiadomości z lokalnej agencji prasowej donosiły, że zatłoczenie w komunikacji publicznej jest jednym z większych problemów na Malcie. Państwowy rzewoźnik stara się kupować kolejne autobusy, ale tempo zwiększania podaży nie nadąża za popytem. Zostawmy tę sprawę jednak na boku i dowiedzmy się, co się działo kolejnego dnia!
Dzień 3. Comino i Gozo
Emocje podczas tych zimowych wakacji rosły coraz bardziej. Kulminacją wyjazdu była wyprawa na Gozo i Comino, czyli odpowiednio drugą i trzecią co do wielkości wyspę Archipelagu Maltańskiego. Wcześniejsza pobudka, szybkie śniadanie i walka o miejsce siedzące w autobusie - tak wyglądał poranek. Ze Sliemy do promu na pozostałe wyspy jechaliśmy ponad godzinę. Przygoda rozpoczęła się od rejsu na Comino. Może dobrze, że do ostatniej chwili nie wiedziałem, co mnie czeka. Na niemal bezludną, kamienistą wyspę kursują nie promy, a coś w rodzaju turystycznych łódek na kilkadziesiąt osób. Pogoda była niezwykle wietrzna i morze wzburzone. Łódką kołysało niemiłosiernie. W myślach kilka razy już żegnałem się z tym światem. Kiedy dotarliśmy na stały ląd, zachwytom nie było końca.
 |
| Śródziemnomorska makia i poszarpane wybrzeże Comino |
Comino jest niewielkim skrawkiem ziemi liczącym ponad trzy kilometry kwadratowe. Można ją obejść dookoła w dwie godziny. Do 2 poł. XX wieku zamieszkiwało ją kilkadziesiąt osób, głównie rolników i rybaków. Dzisiaj jest to bezludny, surowy, skalisty ląd. W dwóch zatoczkach zobaczymy opuszczone kompleksy hotelowe, których przyszłość jest obecnie nieznana. Interior Comino to zaś przepiękna wyżynna kraina pełna suchorośli. Turystów najbardziej przyciąga Blue Lagoon - Błękitna Laguna. Jest to płytka zatoka morskie pomiędzy Comino i mniejszą wysepką Cominotto. Jej wody są koloru jasno niebieskiego i tworzą niesamowite wrażenie. Co prawda większość przybywających na wyspę pozostaje w okolicy laguny, ale bardziej zaawansowanym piechurom zalecam treking dookoła Comino!
 |
| Wnętrze Comino |
 |
| Na tej wysepce też są potężne klify! |
Wybiło południe i to był czas na przywitanie się z kolejną wyspą - Gozo. Liczy ona 67 kilometrów kwadratowych powierzchni (21 proc. powierzchni kraju) i zamieszkuje ją niespełna 40 tysięcy osób (7,5 proc. populacji Malty). Dostrzeżemy tutaj sporo różnic z główną wyspą kraju. Przede wszystkim więcej zieleni i upraw rolnych. Z wyjątkiem głównego portu pasażerskiego Imgarr oraz największego miasta Rabatu (Victorii) nie spotkamy się tutaj z olbrzymim natłokiem turystów. Te kilka godzin na Gozo przyniosło odrobinę wytchnienia i kolejną porcję wrażeń.
 |
| Pomarańcze na Gozo |
Pierwszym punktem zwiedzania była cytadela w Rabacie (nie mylmy go z Rabatem na głównej wyspie). Największe miasto na Gozo, co ciekawe, nie jest zlokalizowane nad brzegiem morza, a w samym sercu wyspy. W przeszłości miało to swoje uzasadnienie: miejscowym łatwiej było się bronić przed wrogami od strony morza. Rabat słynie z ufortyfikowanej cytadeli na szczycie wzgórza. Zbudowali ją Aragończycy w XV wieku, a 200 lat później powiększyli i nieco zmienili formę joannici. Wybraliśmy się na nią nie tylko urokliwych uliczek, ale również dla widoków. Na samym krańcu twierdzy można spacerować po murach obronnych. Wiatr duł wtedy niemożebnie. Krótka chwila na podziwianie pejzaży, pamiątkowe zdjęcie i spadamy stąd - taki był scenariusz.
 |
| Cytadela w Rabacie |
 |
| Zielone Gozo |
 |
| Nie widać na zdjęciach straszliwego wiatru |
 |
| Ledwo dało się selfie zrobić ;-) |
Podobnie jak na Malcie, tak samo na Gozo, z jednego miasta do drugiego dostaniemy się czasem piechotą. Poszliśmy więc do miejscowości Fontana, którą także reklamował Robert Makłowicz (w tym FILMIE). Skusiły nas dwie rzeczy: olbrzymi sklep Fontana Cottage z maltańskimi pamiątkami oraz XVII-wieczna pralnia. Ów sklep to sporych rozmiarów hala, gdzie znajdziemy bogaty wybór nalewek (w tym najpopularniejszą z opuncji!), oliw, serów i miejscowych słodkości. Każdy znajdzie coś dla siebie. Sklep został już odkryty przez wielu ludzi, o czym świadczy chociażby fakt, że trafiliśmy do niego dokładnie w chwili, kiedy podjechał tam autokar z polskimi turystami :-) Natomiast wspomniana pralnia znajduje się zaraz obok sklepu. Ma ona formę kamiennych baseników wykutów w skale, do których cały czas spływa woda. Instalacja działa od samego początku i nie wymaga żadnych dostaw dodatkowej energii. Dzisiaj nikt jednak się tutaj nie umyje, ani nie wypierze prania, ponieważ napisy na tabliczkach informują, że woda jest niezdatna do spożycia i jakiegokolwiek użytku.
 |
| Uliczka w Rabacie |
 |
| Plątanie się po krętych zakamarkach Rabatu było całkiem sympatyczne |
 |
| Nad wyschniętą doliną rzeki w Fontanie |
 |
| Cel spaceru - z prawej sklep, z lewej pralnia |
 |
| Obie atrakcje dzieli jedynie ulica |
 |
| Reklama dźwignią handlu. Mnie przekonała |
Z Fontany mieliśmy ledwie dwa kilometry drogi i kilka przystanków jazdy autobusów do kolejnej perełki - Xlendi (X w języku maltańskim czytamy jak polskie "sz"). Jest to niewielkich rozmiarów kurort zlokalizowany na końcu głęboko wcinającej się w skały doliny. Dookoła znajdują się wysokie nadmorskie klify. Wędrując ze Xlendi wzdłuż wybrzeża w stronę wschodnią, będziemy mieli styczność z jednymi z najpiękniejszych widoków na Gozo. Udaliśmy się w kilkukilometrową łazęgę wzdłuż Gozo Coastal Walk - szlaku turystycznego okrążającego wyspę. Popołudniowy zmierzch zbliżał się nieuchronnie. Innych wędrowców na ścieżce było coraz mniej. W pewnym momencie napotkaliśmy nawet na stado owiec prowadzone przez miejscowego pasterza. Tak czy owak żadne słowa nie wyrażą tego, jak tam było pięknie. Niech zdjęcia same przemówią.
 |
| Morskie fale rozbijające się o nabrzeże w Xlendi |
 |
| Po prostu piękno |
 |
| Erozja morska pracuje tutaj z pełną mocą |
 |
| Najwyższy punkt na trasie liczył 104 m n.p.m. Oto on! |
 |
| Wielokilometrowy ciąg klifów na południu Gozo |
 |
| Jeden z najpiękniejszych zachodów słońca widzianych w życiu |
Zostawiliśmy Xlendi za sobą i zbliżaliśmy do kolejnej miejscowości - Ta' Sannat. Na jej obrzeżach odkryliśmy idealne miejsce do obserwacji zachodu słońca - klify Ta' Cenc. Pozostaliśmy tutaj na chwilę. Ciepły wiatr miotał nami, ostatnie promienie dnia ogrzewały twarz. Był to ostatni punkt wyprawy na Comino i Gozo. Potem tylko w tempie gazeli popędziliśmy na jeden z ostatnich autobusów do Rabatu, gdzie przesiadliśmy na kolejny transport na prom, aby po przybyciu na główną wyspę wsiąść w trzeci i ostatni transport do hotelu. Padnięty, ale jakże szczęśliwy - tam mogę siebie opisać z tamtego dnia.
>>> Dobrze się czyta? Możesz mi podziękować za ogrom pracy włożony w przygotowanie tego wpisu. Kup wirtualną kawę na BuyCoffee.to <<<
Dzień 4. Wielki Mur Maltański
Opisów przygód tak wiele, a my dopiero po trzech dniach. Ciało i duch czuły ogromne zmęczenie. Kolejnego dnia nie było wielkich planów z wyjątkiem Victoria Lines, lub jak to kolokwialnie nazwałem - Wielkiego Muru Maltańskiego. Mowa tutaj o ciągnącej się kilka kilometrów linii fortyfikacji obronnych wybudowanych przez Brytyjczyków w czasach kolonialnych, a te były, przypominijmy od 1800 do 1974 roku). Victoria Lines oddziela zespół miejski Valetty od nieco mniej zabudowanej zachodniej części wyspy. Dzisiaj większość fortyfikacji jest dostępna dla turystów. Po śladzie muru urządzono szlak turystyczny.
Postanowiliśmy przejść tylko jego najbardziej dziki i odizolowany od dróg fragment. Wędrówkę zaczęliśmy na obrzeżach Baħar iċ-Ċagħaq. Minęliśmy osiedle luksusowych willi i oto naszym oczom ukazał się niewielki wąwóz wraz z widocznym murem. Aura była bezlitosna tamtego dnia. Pojedyncze chmury przynosiły momentami bardzo porywisty wiatr z deszczem. Na szczęście nie psuło to zbytnio nastrojów, ponieważ dzięki takiej pogodzie okolica sprawiała wrażenie opustoszałej.
 |
| Na takiej skarpie wybudowano mur |
 |
| Momentami szlak był całkiem przyzwoitej jakości |
 |
| I oznakowany także |
 |
| Kilka razy trzeba było schodzić w dół do wąwozu i wspinać się na kolejne wzgórze |
 |
| Po tych schodach Frodo i Sam szli do jaskini Szeloby |
 |
| Po krótkiej wędrówce natrafiliśmy na kapliczkę w eklektycznym stylu |
Po kilku kilometrach spokojnego spaceru dotarliśmy do przytulnej miejscowości Ħal Għargħur. Wypatrzyłem w niej jedną czynną knajpkę, która oferowała nie tylko kawę i alkohol, ale również ciepłe strawy. Zapamiętajcie adres - wioska Ħal Għargħur, ulica Gargallo. Atmosfera w środku bezpretensjonalna, prosty wystrój, uprzejma obsługa i pyszne jedzenie.
 |
| Byliśmy nieświadomi wielkości porcji... |
Zapełniony żołądek podniósł morale. Rozejrzeliśmy się jeszcze po okolicy i poszliśmy dalej piechotą... do kolejnego miasta. Z Naxxar odjeżdża więcej autobusów, dzięki czemu wygodnie i całkiem szybko mogliśmy wrócić do swojej Sliemy i w gruncie rzeczy zakończyć ten krótki dzień wycieczkowy.
Dzień 5. Pożegnanie z Maltą
Znacie na pewno ten stan. Rano musicie się wymeldować z miejsca noclegowego, a powrotny samolot dopiero wieczorem. Zatem z całym dobytkiem życiowym musicie się gdzieś tułać i najlepiej tak, żeby nie zmęczyć się za bardzo oraz nie zniszczyć sobie na koniec wakacji euforycznego nastroju. Ostatni pocałunek z Maltą odbył się zatem w kurorcie znajdującym się w niedalekim sąsiedztwie od portu lotniczego - Marsaxlokk. Miejscowość jest znana turystom dzięki lokalnej marinie. Główny deptak z kawiarniami położony jest wprost nad morzem. W niewielkiej zatoczce przycumowane są do brzegu kolorowe łodzie rybackie. Całość krajobrazu urzeka i jest rzeczywiście imponująca.
 |
| Marina w Marsaxlokk |
 |
| Miejscowość widziana ze ścieżki turystycznej |
Niemniej ciekawe są okoliczne klify i laguny, do których można dojść w pół godziny od centrum Marsaxlokk. Jeśli ktoś oczekuje kolejnych skalnych przepaści liczących 100 czy 200 metrów wysokości, to w tym przypadku nieco się rozczaruje. Wschodnie wybrzeże Malty, gdzie się znajdowaliśmy wtedy, jest o wiele łagodniejsze. Widoczne w terenie ławice wapieni łagodnie zapadają się w stronę morza. Falujące morze nieustannie eroduje i podmywa brzeg, tworząc łuki i okna skalne. Zresztą zobaczcie sami.
 |
| Łagodnie opadające warstwy skalny oraz okno skalne |
 |
| Wapienie w tej części Malty są o wiele mniej odporne na erozję |
Miłośnicy ochrony przyrody będą także mogli zwiedzić sobie rezerwat przyrody Xrobb l-Għaġin. Przypomina on bardziej krzaczastą polanę z ławkami i miejscami do pikniku, ale biorąc pod uwagę, jak bardzo jest przeobrażona Malta ręką człowieka, widok chociaż takiej zieleni raduje. Ponadto na terenie wspomnianego rezerwatu są rozkopane ruiny prehistorycznych struktur megalitycznych sprzed 3000 r. p.n.e. Stanowisko nie jest dostępne do zwiedzania i wyglądało w lutym 2026 roku raczej na porzucone, niemniej ciekawostka sama w sobie.
 |
| Malta i cienie dwóch uczestników tej wyprawy |
Z Marsaxlokk pozostała już ostatnia prosta na lotnisko. Niespełna trzy godziny w samolocie do Krakowa spędziłem na przeglądaniu zdjęć z podróży i kasowaniu tych, które się powtarzają. Nie sądziłem, że może mi się Malta spodobać. Uważny czytelnik na pewno wynalazł w tekście pojedyncze przytyki do maltańskiej (turystycznej) rzeczywistości, ale mam nadzieję, że relacja z tej podróży przyniosła wam sporo inspiracji i odrobinę rozrywki.
Tegoroczna Malta uświadomiła mi na koniec jeszcze jedno - dawno nie byłem w innej strefie klimatycznej! Ostatni raz region śródziemnomorski odwiedziłem w listopadzie 2018 roku, kiedy z L. udałem się na 4 dni do Albanii. Wspomnienia z tamtego wypadu możecie przeczytać TUTAJ. Od tamtego czasu ledwie kilka razy podróżowałem gdzieś indziej niż w region bałtycki. W maju 2022 roku eksplorowałem z Zs. południe Węgier, w tym cudny Pecs i góry Mecsek (wpis z Węgier TUTAJ). Następnie ponad rok później w czteroosobowym składzie podróżowałem przez Siedmiogród w Rumunii (wpis z geologicznej ciekawostki w Rumunii TUTAJ). A potem to dopiero w maju 2025 roku poleciałem do Anglii, żeby przez trzy dni chodzić po pastwiskach Parku Narodowego Peak District (poczytasz o tym TUTAJ). Malta zapisuje się jako kolejna na liście.
W 2026 roku staram się pisać nieco więcej na blogu. Zachęcam do lektury pozostałych dwóch tekstów, które powstały w tym roku:
- Melancholia w Suure-Jaani. Jak wygląda zima bez śniegu w Estonii?
- Uutela w Helsinkach. Zimowa wędrówka nad zamarzniętym Bałtykiem
Komentarze
Prześlij komentarz