Jaki był rok 2021?

Podsumowaniu roku będą przygrywały widoki z lasów w Nowym Sączu :-)

Nieczęsto zdarza mi się zbierać na podsumowywanie danego roku. W historii bloga zdarzało się to epizodycznie i nieregularnie. Raz lub dwa napisałem okazjonalne wpisy na blogu, kilka razy pojawiły się krótsze podsumowania na Facebooku. Tym razem zmotywowany głosami niektórych stałych Czytelników Sądeckiego Włóczykija, zdecydowałem się na podzielenie się z szerszym gronem tym, jaki był dla mnie mijający 2021 rok.

Podróże w 2021

Bo o nie przecież tutaj chodzi! Ostatnie 12 miesięcy było dla mnie niezwykle łaskawych. Zwłaszcza, kiedy spojrzę na mapę miejsc, które odwiedziłem w Polsce i zagranicą, to czuję niezwykłą radość, że aż w tylu miastach, górach, lasach udało mi się być. 

W styczniu, dzięki dobrym ludziom, spędziłem kilka dni w Polsce północno-zachodniej. Odświeżyłem wspomnienie Szczecina, byłem nad morzem w Dziwnowie, zaglądałem przez dziurkę od klucza do wnętrza katedry w Kamieniu Pomorskim, czy byłem w Nowym Warpnie - zachodniopomorskim końcu świata, tam, gdzie ląd się kończy, a dalej tylko Zalew Szczeciński i Niemcy.

Podczas pierwszych zimowych miesięcy 2021 w ogóle udało się uskutecznić kilka krótszych wypadów w góry i do lasu. Był Turbacz w Gorcach, było ognisko na Łopieniu w Beskidzie Wyspowym, była dolina Mnikowska na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, była wędrówka po Wielkim Błocie w Puszczy Niepołomickiej (zresztą ostatnio w grudniu była również powtórka z tej rozrywki), był również weekend w Chatce Magóry nad Piwniczną. Nie nudziłem się, to prawda.

Potem jeszcze spotkała mnie lutowa Gdynia opatulona śniegiem i skuta lodem. Wiosna była już nieco spokojniejsza. Nie tylko z powodu kolejnych obostrzeń i fali pandemii, ale także z innej kluczowej zmiany, jaka się dokonała, ale o tym za chwilę.

W kwietniu pojechałem na weekend... do Leska, który był bazą wypadową zarówno na Korbanię w Bieszczadach, jak i do Zwierzynia w Górach Sanocko-Turczańskich. Majową porą wybrałem się po raz pierwszy w życiu do Suwałk, a potem tylko odliczałem dni do mojego planu "minimum" i "optimum". Pod takimi nazwami kryły się planowane wyjazdy odpowiednio na Łotwę (autobusem) i do Estonii (samolotem). Obawiając się, czy znowu coś się nie "wykrzaczy" po drodze, chciałem być pewny, że uda mi się chociaż dojechać autobusem na weekend do Rygi. Tak silna tęsknota za podróżą tam na północ powodowała, że musiałem być kryty na każdą ewentualność.

Szczęśliwie wszystko się powiodło. Na Łotwie zwiedziłem nie tylko Rygę, ale razem z D. pojechaliśmy do Carnikava. Natomiast w Estonii ilość niespodzianek, przygód i ludzkiej życzliwości osiągnęła niespodziewany poziom. Nocą wędrowałem po bagnach, oglądałem "wielkie" wodospady, byłem w saunie, spałem na strychu Szkoły Plastycznej. A to tylko naparstek tego, co tam się odczyniało. 

Sądeckie skałki nad Kamienicą

Po powrocie z Estonii było mi wszystko jedno. Co prawda w głowie tlił się plan "maximum", czyli listopadowa wizyta na Łotwie po raz kolejny, ale jesienna rzeczywistość zweryfikowała wszystko. Tak czy owak, w październiku chcąc sobie odbić wrześniowy zastój byłem co weekend gdzieś: na Białowodzkiej Górze pod Nowym Sączem, w Bobowej, w Gdyni po raz drugi, u znajomych w Beskidzie Wyspowym, no i... na Słowacji. Weekend w Bańskiej Bystrzycy z wędrówką po Wielkiej Fatrze był chwilowym powrotem do starych dobrych czasów, kiedy jechało się na krzywy ryj, bez większego planu, będąc w dziwnych miejscach o dziwnych porach. Dobrze mieć przyjaciół, którzy pchają nas do takich "szaleństw".

W listopadzie i grudniu miałem już usiąść na d. Nie udało się. Stała się przy okazji rzecz ciekawa. Planowany wyjazd na projekt z Erasmus+ do Wielkiej Brytanii został odwołany i zostałem z tygodniowym urlopem pod koniec listopada. Nie chciałem już z niego rezygnować, zwłaszcza, że kiedyś ten urlop trzeba wybrać. Postanowiłem skorzystać z zaproszenia do Poznania. Takim oto sposobem spędziłem dłuższy weekend w stolicy Wielkopolski, odwiedziłem przy okazji Konin, a potem jeszcze zahaczyłem na 1,5 dnia do Rzeszowa

W listopadzie stała się jeszcze jedna rzecz niesłychana - po trzech latach absencji byłem w Tatrach. W pojedynkę wydrapałem się na Czerwone Wierchy, a potem walczyłem z lękiem wysokości na łańcuchach, schodząc niebieskim szlakiem z Małołączniaka. 

Mijający rok był bardzo podróżniczy, porównując do poprzedniego. Przygotowując podsumowanie, sam się zaskoczyłem, że jest tego AŻ TYLE. Miło, naprawdę miło na sercu.

Praca(holizm) w 2021

Stwierdziłem, że również o tej sferze życia napiszę tutaj na blogu, zwłaszcza, że 2021 rok zaznaczył się w mojej karierze zawodowej jako bardzo emocjonujący (no dobra, cholernie stresujący). Przypomnę, że dwa miesiące przez pojawieniem się koronawirusa założyłem własną działalność, chcąc odżegnać się od dotychczasowej pracy w stowarzyszeniach i zacząć przygodę na tzw. swoim. Jako przewodnik turystyczny i pilot wycieczek miałem już ustawiony plan na sezon 2020. Potem przyszedł covid i cały anturaż restrykcji dla branży turystycznej. Tak naprawdę zaczęło się dla mnie 15 miesięcy bardzo niepewnego życia.

Próbowałem wiązać koniec z końcem jako pisemny tłumacz estońskiego, jako okazjonalny publicysta, jako redaktor radiowy w łemkowskiej rozgłośni LEM.fm i jako autor przewodnika turystycznego po Sądecczyźnie. Widząc, że szansa ruszenia sezonu turystycznego w 2021 wcześniej niż w czerwcu/lipcu oddala się, podjąłem decyzję, aby znaleźć pracę - taką "normalną pracę".

I tak pojawiła się na życiowym horyzoncie Interia. Od kwietnia pracuję jako dziennikarz (choć nadal z trudem przechodzi mi to słowo przez usta - tzn. nie dowierzam temu) w jednym z największych portali internetowych. Codziennie piszę różne krótsze i dłuższe materiały ze świata nauki, podróży i szeroko pojętego lifestyle'u. Chociaż jak wszędzie, są lepsze i gorsze chwile, z różnymi ludźmi trzeba współpracować, to jednak Interia dała mi poszukiwane od dawna poczucie spokoju i względnej stabilizacji. Wypłata na czas, po ośmiu godzinach wyłączam laptopa i zajmuję się życiem, praca w zespole z naprawdę sympatycznymi i serdecznymi ludźmi (jeśli czyta to M., B. czy S. to im właśnie dziękuję!). Ile tu pozostanę, czas pokaże. Nie nastawiam się na nic. 

Nieopodal dzikiego bobrowiska

"Dobra, dobra, o co biega z tym pracoholizmem?" Już tłumaczę. Bo nie wszystko złoto, co się świeci. W pracoholizm wpadałem już parokrotnie w życiu. W tym roku dosięgnęło mnie to we wrześniu i październiku z niespotykaną siłą. Mam naturę asekuranta - na każdy przypadek chcę być zabezpieczony z każdej strony, taki "kuty na cztery nogi". Tym sposobem od wielu lat pałam się kilkoma zajęciami na raz i łapię kilka srok za ogon. "Bo ta współpraca może mi się przydać na przyszłość / A bo będę tę pracę mieć w CV / Nie wiadomo, czy kiedyś mi za to nie zapłacą / Znam tych ludzi osobiście, nie będę taki, że im odmówię / A co, jak stracę pracę? Muszę mieć coś awaryjnego". Chociaż już przedłużam to podsumowanie niemiłosiernie, to dla pełni przekazu wypunktuję zgrabnie, czym się w ostatnim roku zawodowo zajmowałem:

  • codzienna "etatowa" praca dziennikarska w Interii, tutaj nie ma wielkiej filozofii, pięć dni, osiem godzin, kilkadziesiąt dni urlopu w roku, mniej więcej jeden weekend w miesiącu pracujący,
  • praca spikera radiowego w radiu LEM.fm, która zabiera tygodniowo około pięć godzin na realizację programów na żywo oraz kilka razy w miesiącu poświęcam część weekendu lub urlopu na dogrywaniu audycji tematycznych, wszystko robię "po godzinach",
  • do końca października pracowałem jako asystent koordynatora w projekcie wolontariatu zagranicznego w jednym z krakowskim stowarzyszeń (ten "trzeci sektor" nie może mnie jednak opuścić), praca stresująca, bo z czynnikiem ludzkim, czyli zagranicznymi wolontariuszami, wielokrotnie trzeba było być w różnych częściach miasta o różnych porach dnia, a ponadto papierkowa robota wymagała pojawiania się w godzinach urzędowych w biurze organizacji, tygodniowo praca zabierała od kilku do kilkunastu godzin, oczywiście "po godzinach",
  • wykonywanie dodatkowych zleceń autorskich dla Przeglądu Bałtyckiego, napisałem kilka recenzji i tekstów podróżniczo-historycznych, wiadomo... "po godzinach",
  • wróciłem po chwili zawieszenia do redakcji magazynu Odkryj Beskid Sądecki, gdzie napisałem dwa artykuły turystyczne w języku polskim i łemkowskim, 
  • poprowadziłem dwie prelekcje podróżnicze dla Regionalnego Ośrodka Kultury w Zatorze, pierwsza - zdalna, była o wyjeździe do Kowna, a druga - przed żywą publicznością, o podróży na Język Trolla w Norwegii,
  • dwukrotnie byłem gościem na seminariach dla studentów i wolnych słuchaczy filologii słowiańskiej na Uniwersytecie Tallińskim, mówiłem do studentów oczywiście... o Viljandi, 
  • do czerwca jeszcze zajmowałem się okazjonalnie tłumaczeniami pisemnymi na język estoński, w zależności od zlecenia poświęcałem na nie od godzinki do kilkunastu godzin,
  • zacząłem WRESZCIE pracować jako pilot wycieczek. Chociaż tegoroczny sezon wyniósł u mnie tylko sześć dni, ale za to miałem porządny sprawdzian umiejętności, objeżdżając z seniorami z Gdyni całą Sądecczyznę. Żeby pojechać na tygodniowy pilotaż do pracy... wziąłem urlop w głównej pracy,
  • kilka razy zdecydowałem się na drobne współprace blogerskie z innymi twórcami internetowymi, dzięki którym pojawiłem się już dwukrotnie na głównej Onetu (jeszcze czekać, jak wyskoczę Wam na WP.pl),
  • pisałem bloga i nagrywałem podcast - przecież! - i to miejsce jest również moją taką jakby pracą, czytacie właśnie 16. wpis z tego roku, na jeden poświęcam średnio cały dzień roboczy, podobnie było z podcastem, którego nagrałem 10 odcinków. Poświęciłem zatem na ten wycinek mojego życia 26 dni... "po godzinach".
  • niech wisienką na torcie będzie to, że pojawiłem na trzy minuty w "Pytaniu na śniadanie" - a na nagranie pojechałem (zostałem zawieziony dokładnie) wczesnym ranem po swojej imprezie urodzinowej <wklej odpowiednią emotkę reakcji>
To są moje wszystkie prace. Sam nie dowierzam. Pogodziłem robienie tych wszystkich rzeczy razem z podróżami, o których rozpisałem się wyżej. Nie wiem, jak tego dokonałem, jak rozciągnąłem dobę, jak przeżyłem te 12 miesięcy. Powinienem chyba przemianować nazwę bloga na "Sądecki Robocop". Czy teraz stać mnie na cygański pałac i wielkiego SUVa? Nie. Na wielu zajęciach wyszedłem, jak "Zabłocki na mydle". Za to zyskałem sporo siwych włosów, największą wagę ciała w moim życiu i problemy ze snem.

Temat pracoholizmu jest mocno pomijany w internetowych dyskusjach. Przynajmniej tak wynika z moich obserwacji. Ostatni rok był wszędzie rokiem przebodźcowania. Powszechny lęk przez groźbą jesiennego jakiegokolwiek lockdownu spowodował, że całe moje otoczenie zaczęło żyć podwójnie, podróżować dwa razy więcej i częściej, spotykać się nagle dwa razy częściej niż wcześniej itd. Dałem się ponieść chwilowo tej fali, ale po paru tygodniach musiałem kompletnie odrzucić ten szalony pęd. 

Zacząłem odmawiać ludziom. Zacząłem robić mniej i przywracać sobie "czas wolny". Proces ten trwa już kilka miesięcy i mam nadzieję wejść w nowy rok z nieco już czystszym kontem. Drodzy Czytelnicy, pracoholizm? Do not recommend.

Blog w 2021 

Sądecki Włóczykij miał się przez ostatni rok całkiem dobrze. W styczniu ruszyłem z nową formą przekazu - powstał podcast Północno-wschodni. Nagrałem łącznie 10 odcinków, w których zabawiałem Was opowieściami z Łotwy, Estonii i Finlandii. Jeśli chodzi o samego bloga, to napisałem łącznie z niniejszym tekstem 16 wpisów. Jest to nawet więcej niż w 2020 roku. Średnio raz lub dwa razy w miesiącu publikowałem dla Czytelników opowieści wszelkiej treści. Na pewno wpisy są nieco dłuższe, pogłębione czasami o wiedzę historyczną, geograficzną czy geologiczną.


Jeśli miałoby się siłę bloga oceniać po jego statystykach, to Sądecki Włóczykij jest karzełkiem wśród blogów podróżniczych. W ciągu całego roku strona odnotowała ponad 35 tysięcy wyświetleń. Nie jest to sporo, ale mam też świadomość, że zagląda tutaj bardzo wysublimowane towarzystwo, bo też tematyka jest wyjątkowa niszowa. Nigdzie w polskiej blogosferze nie znajdziecie więcej artykułów o Estonii, Łotwie czy Sądecczyźnie. A w takim właśnie połączeniu to w ogóle.

Facebookowa strona Włóczykija uzbierała mniej więcej 2,6 tysiąca fanów, co jest całkiem przyjemnym wynikiem. Nowa forma postów, którą zacząłem czasami stosować, czyli galerie zdjęć z dłuższym opisem, bardzo się Wam spodobała. Na pewno w przyszłym roku, jeśli będę mieć coś Wam do przekazania, a będzie za krótkie na stronę, to wyląduje na właśnie na Facebooku.

Plany na 2022

Tych to nie ma. Ale zazwyczaj ich nie było. Na pewno w dalszym ciągu walczyć z nadmiarem pracy, którą na siebie zrzucam - to jest priorytet. Publikować na blogu z podobną miesięczną częstotliwością. Postować w sieci rzadziej, ale za to lepsze, dłuższe, bardziej angażujące treści. Podróżować tam, gdzie będzie to możliwe, ale również nieco zluzować w tej sferze życia - odkryłem, że im częściej gdzieś mnie nosi, tym mniej czuję autentyczną radość z podróży. Życzę i sobie, i innym, aby podróżować bez telefonów, bez maniakalnego robienia zdjęć, bez wrzucania na świeżo kolejnych stories na Instagrama, żeby odczuwać więcej na własnej skórze niż na ekranie. Chciałbym organizować sobie nie więcej niż jedną większą wyprawę w każdym miesiącu, zamiast "szarpać" każdy weekend bez opamiętania.

Na 2022 mam jedno ciekawe postanowienie. Choć ja tu powyżej piszę o elektronicznej wstrzemięźliwości, a teraz chcę napisać, że przez kolejny rok będę wrzucać codziennie jedno zdjęcie na relację na Instagrama. Tylko jedno zdjęcie dziennie, z odliczaniem, który to dzień w roku. Każdy dzień chciałbym kończyć tylko z tym jednym zdjęciem, co ma mnie oduczyć kompulsywnego fotografowania nawet podczas zwykłych spacerów czy (o zgrozo) podczas posiłków ze znajomymi. Pozwolę sobie na wyjątki tylko wtedy, gdy będę chciał daną podróż opisać na blogu. Zobaczymy, co wyjdzie z tego eksperymentu. Sam jestem ciekaw.

Drogi Czytelniku, życzę Ci na nowy rok dużo równowagi, dużo spokoju, konsekwencji w działaniu i pamiętaniu o sobie, a potem również o innych. Niech żadne "wichury" na świecie czy w Polsce nie pozwolą Ci zapomnieć o swoich pasjach, codziennych radościach, miłych zaskoczeniach i tym, że cokolwiek by się nie działo, "będzie to, co ma być". 

Szczęśliwego Nowego Roku! Head uut aastat!

I takich pięknych doznań, jak tutaj zimą w Lasku Falkowskim

Komentarze

  1. Rzeczywiście, kiedy od podróży przeszedłeś do wylistowania współprac... Obfity rok! Czasem trzeba się właśnie przepracować, żeby nauczyć odpoczywać ;) A nic, czym się zajmowałeś, na pewno w dłuższym rozrachunku nie poszło na marne! Piękny rok i imponujące podsumowanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nauczyć się odpoczywać, odmawiać, nie bać się przyjmować odmów innych i dbać o drobne elementy składające się na naszą codzienność. I Tobie też życzę tego tego samego :)

      Usuń

Prześlij komentarz